W końcu jednak siostra  dotarła. Oprócz rodzimych przysmaków i alkoholu w jej torbie znajdują się zeszyty i książki. Maja bierze tydzień wolnego ze szkoły, ale lekcje trzeba odrabiać. Ja, zerkając na wyłożone obok ogórków kiszonych i kabanosów materiały szkolne, zdaję sobie sprawę, że polska szkoła niewiele się przez ostatnie dwadzieścia lat zmieniła. Mojej córce Alinie w oko wpada zupełnie co innego. Z dość szyderczym jak na dziesięciolatkę uśmiechem bierze w ręce cienką książkę z miękką, wymiętoloną przez kilka roczników poznańskich uczniów okładką, z której uśmiecha się okutany w futro chłopiec – tytułowy Anaruk.  

–  Tato, ten chłopiec nie może tak się nazywać!  

Z ciekawością zerkam na lekturę, którą sam przecież kiedyś czytałem, i przed oczyma staje mi nasza pani od nauczania początkowego ze Szkoły Podstawowej im. M. Kopernika w Miastku. Przypominam sobie, jak wspólnie czytaliśmy o przygodach tego dzielnego eskimoskiego chłopca, z którym rzekomo zaprzyjaźnił się Czesław Centkiewicz. Omawialiśmy jego cechy charakteru i opisywaliśmy otoczenie, w którym przyszło mu mieszkać. Tak samo jak wiele pokoleń polskich dzieci pisaliśmy zapewne list do egzotycznego rówieśnika. A z tego wszystkiego w pamięci najlepiej utkwił mi fakt, że Anaruk wolał mydło od czekolady.

Kiedy głowę zaprzątają mi wspomnienia z dzieciństwa, Alina już pokazuje książkę swojej mamie. Birthe patrzy z lekkim niedowierzaniem na okładkę i gdyby do grenlandzkiej mowy ciała należało przecieranie oczu ze zdumienia, zapewne by to zrobiła. Obydwie – żona i córka typową w takich sytuacjach mieszanką duńskiego, polskiego i grenlandzkiego objaśniają mi znaczenie imienia chłopca, dzięki któremu tak wielu młodych Polaków stworzyło sobie pierwsze, a często pewnie i jedyne wyobrażenie o Grenlandii.  Okazuje się, że „anaruk” to w tłumaczeniu na polski dość osobliwe złożenie składające się z czasownika „srać” w trybie rozkazującym oraz zaimka rzeczowego „to”, co daje niefortunny rezultat w postaci „sraj to”. Moja sprytna siostrzenica natychmiast straciła motywację do kontynuowania lektury, a ja zacząłem zastanawiać się nad tym, jakim cudem tym osobliwym, grenlandzko brzmiącym słowem nazwano bohatera jednej z najpopularniejszych polskich książek dla dzieci? Poprawne imię nosi przecież jego ojciec („tugto” to w dawnej grenlandzkiej pisowni „renifer”).  

Grenlandczycy nie przepuszczą żadnej okazji do śmiechu, a sytuacja tak komiczna po prostu musiała wypłynąć podczas rodzinnej kolacji, na którą jedliśmy mięso renifera i ziemniaki z sosem. Kiedy zaś salwy śmiechu już ustały, zaczęło się teoretyzowanie nad prawdziwym imieniem chłopca. Najlepszą tezę postawiła chyba moja teściowa, która z pełnymi ustami  stwierdziła, że skoro ojciec nazywa się Tugto, poprawne imię chłopca to zapewne Amaroq, czyli wilk.  

Agata, marzec 2017, Gdańsk  

Od dłuższego czasu śledzę wpisy Adama na blogu Poznaj Grenlandię i na Facebooku. Jako skandynawistka w swoich badaniach przede wszystkim koncentrująca się na przedstawieniach Grenlandii w literaturze z zaciekawieniem czytam każdy wpis ukazujący od wewnątrz codzienne życie mieszkańców Sisimiut. Rozważania o imieniu Anaruka od razu wzbudzają moje zainteresowanie. Jest to jedna z rzadkich chwil, kiedy czuję, że pojawia się przede mną możliwość rozwikłania zagadki, z której istnienia nie zdawałam sobie wcześniej sprawy.  

Sześć lat wcześniej, w 2011 roku, ukazuje się mój artykuł poświęcony praktykom „egzotyzacji eskimoskiej” w utworze Centkiewicza. Bezlitośnie w nim piętnuję stosowane przez autora konstrukcje rodem z literatury kolonialnej. Nie wiem jeszcze, że książka, którą poddaję analizie, od czasu pierwszego wydania w 1937 roku ulegała wielokrotnym przeróbkom odautorskim. Druga rzecz, na którą nie zwracam wtedy uwagi, to kontekst powstania książki. Skupiam się wyłącznie na relacjach wewnątrztekstowych, nie zadając sobie trudu, żeby sprawdzić, czy Centkiewicz utożsamiany z narratorem opowieści kiedykolwiek odwiedził Grenlandię. Dopiero później uświadomię sobie, że w postkolonialnym odczytywaniu literatury właśnie kontekst jest najważniejszy.  

Wnioski z 2011 r., którymi kończę artykuł, są jednak surowe, a ich przekaz przesadnie emocjonalny: „Uważam, że czas najwyższy skończyć z postrzeganiem utworów Aliny i Czesława Centkiewiczów jako prawdziwych, bezstronnych i realistycznych reportaży o ciężkim życiu niecywilizowanych, żyjących zgodnie z cyklem przyrody Grenlandczyków, mieszkających w domach śnieżnych dzikusów, których codzienny ubiór stanowią skóry i futra zwierząt, a ulubiony przysmak – mydło!”.  Już wtedy kiełkuje we mnie świadomość, że utwór Centkiewicza, napisany przystępnym, objaśniającym językiem i skierowany przede wszystkim do młodego czytelnika, do tego stopnia czerpie z ustalonych tropów literatury kolonialnej na temat Inuitów, że można postawić znak zapytania co do jego wiarygodności jako literackiego reportażu.

Czesław Centkiewicz  

Post Adama sprawia, że powracam myślami do starego artykułu, o którym zdążyłam już zapomnieć. W roku 2017 wiem już dużo więcej o Centkiewiczu i o jego pierwszych krokach na polu literatury. Urodzony w 18 października 1904 roku w Warszawie, absolwent studiów inżynierskich na wydziale elektrycznym w Institut Superieur  w belgijskim Liège, po powrocie do kraju aż do wybuchu wojny pracował w Obserwatorium Aerologicznym Państwowego Instytutu Meteorologicznego w Legionowie. W wyniku zaangażowania się niepodległej Polski w organizację Międzynarodowego Roku Polarnego młody, obiecujący inżynier zostaje wybrany spośród wielu kandydatów na kierownika pierwszej polskiej wyprawy polarnej, która ma spędzić trzynaście miesięcy na Wyspie Niedźwiedziej, najdalej na południe wysuniętej części archipelagu svalbardzkiego.

Ambitny, wykształcony, wysportowany, z dobrej rodziny inteligenckiej. Patriota. Na jednym z wczesnych zdjęć młodego inżyniera znajdującym się w Muzeum Historycznym w Legionowie patrzy na nas pociągła, inteligentna, przystojna twarz. Później nieco się zmieni, zmężnieje, rysy się wyostrzą; na dość kiepskiej jakości fotografiach z Wyspy Niedźwiedziej nie zawsze łatwo go rozpoznać.

Wyprawa na Wyspę Niedźwiedzią przebiega bez zarzutu, jej uczestnicy sumiennie wypełniają wszystkie wyznaczone im obowiązki, żyjąc w trudnych warunkach na skalistej arktycznej ziemi. Nie są tam jednak sami. W położonym nieopodal domu rezyduje grupa norweskich telegrafistów i zwłaszcza z jednym z nich, urodzonym w 1899 roku Fritzem Øienem z Tromsø, Polacy, w tym Czesław, nawiążą bliskie relacje. Polacy i Norwegowie zapraszają się nawzajem na „przyjęcia” – kontaktują się ze sobą za pomocą specjalnie założonego w tym celu telefonu. Czesława fascynują opowieści Fritza, który wydaje się mu prawdziwym „człowiekiem Północy” – w pierwszym wydaniu Wyspy Mgieł i Wichrów odnotowuje na przykład, jak to Norweg jako dziewiętnastoletni chłopak wspólnie z towarzyszami przez dwa lata wiedli samotny żywot traperów na wschodnim wybrzeżu Grenlandii.

Sądząc z relacji, Czesław stara się spędzać z nieco starszym i dużo bardziej doświadczonym Fritzem jak najwięcej czasu: „Øien znał doskonale całą Arktykę i w jego opowiadaniach przewijały się nazwy najdalszych, niedostępnych mórz, wysp i lądów. Wyciągaliśmy mapy i wzrokiem śledziliśmy nici jego przygód”. (Wyspa mgieł i wichrów, 1934, s. 109.) Dzięki nawiązanej przyjaźni i pośrednictwu Norwega w 1937 r. Czesław zostaje przyjęty na statek poławiaczy fok Isfjell, na którym spędzi niecałe 3 miesiące, a jego literackim owocem tej przygody będzie reportaż Biała foka (1938), później wielokrotnie wznawiany. W roku 1939, kiedy wybucha wojna, 35-letni Centkiewicz ma w swoim dorobku siedem samodzielnych tytułów, przeznaczonych przede wszystkim dla młodzieży. Jego atutem jest przystępny, objaśniający język – potrafi zainteresować czytelnika i w prosty, ale ciekawy sposób przybliżyć także zagadnienia naukowe, nie przeładowując opowieści niepotrzebnymi szczegółami. Po wojnie już wraz z żoną Aliną staną się czołowymi polskimi autorami niezwykle poczytnych książek o tematyce polarnej.

Agata, listopad 2018  

Od dłuższego czasu kupuję na aukcjach internetowych przedwojenne wydania książek Czesława Centkiewicza i zaczynam zdawać sobie sprawę, że różnią się one znacząco od tych późniejszych, z okresu po roku 1945. Pierwsze wydanie Anaruka z 1937 to jednak biały kruk, bardzo trudno je kupić. Postanawiam wybrać się na kwerendę do Warszawy – jest listopad 2018 roku, kiedy w czytelni Biblioteki Narodowej z wypiekami na twarzy uświadamiam sobie, jak ważna to była decyzja.  

Już pierwsza strona książki, na której znajduje się odautorski komentarz, usunięty z kolejnych wydań od początku lat pięćdziesiątych, nakreśla nieznany mi wcześniej kontekst powstania utworu. We wstępie do Anaruka autor powraca myślami do pobytu na Wyspie Niedźwiedziej:  

„Oprócz nas – trzech Polaków, na wyspie mieszka jeszcze trzech Norwegów radiotelegrafistów obsługujących małą norweską stację radiową – jedyny nasz łącznik ze światem.  

Najmilsze są dla nas te chwile, gdy zmęczeni pracą zasiąść możemy wszyscy razem w cieple pieca i słuchać naszego norweskiego przyjaciela Fritza Oiena [sic!], który całe swe życie spędził na Dalekiej Północy.  

 I dziś, gdy mroźne podmuchy wiatru przedostawały się poprzez ściany naszego domku, Fritz Oien, przysuwając się jak najbliżej do rozpalonego piecyka, opowiadać nam zaczął o surowym i trudnym życiu Eskimosów w krainie wiecznych śniegów.  

Poznał ich i zaprzyjaźnił się z nimi w czasie swego paroletniego pobytu na Grenlandii. Najmilej wspominał młodego Eskimosa, Anaruka.  

To, co zapamiętałem z jego opowiadań – powtarzam w tej książeczce”. (Anaruk chłopiec z Grenlandii, 1937, s. 5–6)

Pierwsze wydanie Anaruka opatrzono również licznymi czarno-białymi fotografiami, pod którymi widnieją różne podpisy. Przyglądam się bacznie jednemu ze zdjęć opatrzonemu dość enigmatyczną informacją: „Foki wyciągnięto na brzeg” (na zdjęciu widać zaledwie jedną nieżywą fokę, a liczne postaci wydają się pogrążone w miłej pogawędce) i prawie natychmiast rozpoznaję kadr z duńskiego filmu etnograficznego Palos brudefærd, w Polsce znanego jako Navarana, a od 1945 r. pod zmienionym tytułem Wyprawa po narzeczoną.  

Przesyłam fotografię Adamowi, z którym od pewnego czasu korespondujemy, on zaś potwierdza moje przypuszczenia. Film miał duńską premierę w roku 1934, a jego nieoficjalnym reżyserem był słynny polarnik Knud Rasmussen. Mężczyźni ze zdjęcia to rodowici mieszkańcy Grenlandii Wschodniej, którzy ubrani w tradycyjne stroje ze skór i futer odtwarzali przed kamerą wschodniogrenlandzkie zwyczaje sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Skąd, u licha, to zdjęcie wzięło się jednak w książce powszechnie uważanej za reportaż? Czyżby to Fritz Øien przekazał je Centkiewiczowi, wmawiając mu, że przedstawia ono Grenlandczyków, których poznał osobiście?  A może za tę kreację odpowiadał sam autor? Dlaczego w całej książce nie pojawia się w takim razie ani jedno odniesienie, że to kadr z filmu?   

Agata, 31 grudnia 2018

Akurat w sylwestrowe przedpołudnie przychodzi mi do głowy, żeby poszukać w internecie informacji o dzieciach Fritza Øiena, którego osoba wydaje mi się kluczem do rozwiązania tej coraz bardziej intrygującej zagadki. Bardzo łatwo trafiam na bogatą w archiwalne zdjęcia stronę domową rodziny Øienów – www.hugooien.no – prowadzoną przez młodszego z synów Fritza, urodzonego w 1946 roku Hugona. Ponieważ w marcu nadchodzącego roku mam odwiedzić Tromsø w związku z wykładami gościnnymi, spontanicznie piszę do Hugona, proponując spotkanie. Mimo że za parę godzin nastanie wieczór sylwestrowy, odpowiedź przychodzi prawie natychmiast. Hugo spędza część zimy w cieplejszej od Norwegii Hiszpanii, ale w marcu chętnie się ze mną spotka i podzieli wiedzą oraz pamiątkami po ojcu.  

Anaruk

Zdjęcie z książki Czesława Centkiewicza podpisane „Anaruk” wygląda jak wykonane przez profesjonalnego fotografa, na przykład Dunkę Jette Bang, której dokumentalne zdjęcia z lat dwudziestych i trzydziestych przedstawiające Grenlandczyków z niemalże każdego zakątka wyspy do dziś są znane i publikowane. W wydanych przez nią albumach na próżno jednak szukać roześmianej twarzy chłopca, podobnie rzecz się ma z obszernym archiwum duńskiego Instytutu Arktycznego i norweskiego Instytutu Polarnego. Po przejrzeniu tych obszernych zasobów przede wszystkim zauważam, że w zestawieniu z archiwalnymi XIX- i XX-wiecznymi materiałami twarz Anaruka jest naturalnie roześmiana. Widać, że fotograf miał bardzo dobry kontakt ze swoim modelem, który nie bał się aparatu – w przeciwieństwie do kamiennych, zastygłych w powadze twarzy dzieci i dorosłych uwiecznionych na fotografiach z początku wieku. Ta „nowoczesna” forma, mimo bardzo tradycyjnego ubioru modela, rzadko spotykanego na nowszych zdjęciach, gdzie chłopcy z reguły noszą anoraki i spodnie uszyte z materiału, wskazuje, że fotografię raczej wykonano w czasach mniej więcej współczesnych Centkiewiczowi, czyli w latach 30.   

Agata, marzec 2019

W drodze do Norwegii wyobrażam sobie rozmowę z Hugonem doznającym olśnienia na widok tajemniczego zdjęcia Anaruka i udzielającym obszernych objaśnień, które doprowadzają do rozwiązania intrygującej zagadki. W marcu Tromsø wciąż ginie pod olbrzymimi masami śniegu. Pierwsze zaskoczenie: samochodem terenowym przyjeżdża po mnie ogorzały, wyprostowany mężczyzna w skórzanej kurtce i okularach nadających mu wygląd amerykańskiego pilota. Czy spodziewałam się psiego zaprzęgu?... Jak na swoje 73 lata Hugo trzyma się świetnie.

W domu, przy kawie i gofrach z malinową konfiturą i brązowym serem podanych przez przemiłą Gunnhild, Hugo rozwiewa moje złudzenia. Mimo wielu wspomnień i pamiątek wiążących się z Polakami, w tym zwłaszcza Czesławem i Staszkiem, na temat działalności ojca w Grenlandii Wschodniej nie jest w stanie opowiedzieć mi nic więcej ponad to, że ojciec praktycznie nie poruszał tego tematu. Pytam więc, czy jest możliwe, aby Fritz w tym okresie miał ze sobą aparat fotograficzny i zrobił to zdjęcie małemu Grenlandczykowi. Hugo kategorycznie zaprzecza. Ojciec z całą pewnością nie interesował się zdobyczami techniki. Nigdy nie robił zdjęć. Odbitki fotografii z Wyspy Niedźwiedziej, które pokazuje mi w albumie rodzinnym, otrzymał od Polaków.

Anaruk

Informacja udzielona przez Hugona potwierdza nasze przypuszczenia – Anaruk z książki Czesława Centkiewicza najprawdopodobniej jest postacią fikcyjną. Kim zatem jest roześmiany chłopiec ze zdjęcia, które począwszy od roku 1952 zdobi okładki pięciu różnych wydań książki w oficynie Nasza Księgarnia?     

Motorem napędowym naszych działań staje się pragnienie przywrócenia tożsamości temu anonimowemu chłopcu, którego wizerunek wykorzystano, najpewniej bez jego zgody, aby uwiarygodnić opowieść, do tej pory czytaną w polskich szkołach jako reportaż. Inspiracją dla nas stają się projekty duńsko-grenlandzkiej artystki Pii Arke i kanadyjski „Project Naming” - jednym z głównych ich celów jest wyszukiwanie imion i nazwisk wcześniej anonimowych Inuitów występujących na zdjęciach wykonanych przez europejskich podróżników i badaczy – a dzięki temu podkreślenie indywidualnej historii i podmiotowości każdej sportretowanej osoby.

Agata, kwiecień 2019

Po moim powrocie z Norwegii śledztwo nagle nabiera tempa. Ponieważ zdaję sobie sprawę, że zdjęcie „Anaruka” przedstawia mniej lub bardziej przypadkowego chłopca, intuicja – bo jak to inaczej nazwać? – podpowiada mi, że należy szukać w innych źródłach niż te badane do tej pory. Moje zainteresowanie ponownie kieruje się w stronę zdjęcia, które jako pierwsze wydało mi się podejrzane. Skoro w książce znalazły się fotografie pochodzące z powszechnego obiegu, wydaje się mało prawdopodobne, by autor miał dostęp do publikacji innego typu. Być może zdjęcie „Anaruka” także pochodzi z filmu, a może widniało wcześniej na jakiejś pocztówce? Na początku XX wieku zdjęcia bezimiennych inuickich dzieci jako malowniczy, egzotyczny motyw często zdobiły karty pocztowe wydawane w najróżniejszych zakątkach świata. Potem wpatruję się w pozostałe fotografie z książki i w końcu na jednej z nich udaje mi się rozpoznać tytułową postać z hollywoodzkiego obrazu Eskimo w reżyserii W.S. van Dyke’a. Zachęcona tym niespodziewanym sukcesem identyfikuję kolejny kadr jako pochodzący z filmu Navarana i wtedy, tknięta nagłym przeczuciem, postanawiam jeszcze raz obejrzeć ten dość dobrze mi znany film.  

Przeczucie mnie nie myliło. Zaledwie po kilkunastu minutach filmu pojawia się on. Anaruk! Biegnie znad zatoki w stronę osiedla namiotów, krzykami i wymachami rąk informując mieszkańców o przybyciu ławicy ryb zwanych paliami. Wkrótce cała roześmiana osada wylega na brzeg i bierze udział w połowie, którego zdobycz stanowić będzie cenne zapasy na zimę. Tyle razy wpatrywałam się w tę twarz, że znam jej rysy na pamięć. Pasuje także strój. Nie zgadzają się tylko poza i uśmiech – w całym filmie nie ma ani jednej sceny, w której pojawiłby się podobny kadr. Dzwonię do filmoznawcy Jakuba Konefała, który objaśnia mi tajniki powstawania fotosu filmowego – niekiedy może być to zwykłe powiększenie klatki, ale często wykonuje go specjalnie do tego celu zatrudniony fotograf. W tym drugim przypadku zdjęcia powstają z odpowiednio zaaranżowanych ustawień, niekoniecznie mających związek z treścią samego filmu. Zdjęcie naszego „Anaruka” musi być właśnie takim fotosem.  

Na poparcie tej tezy udaje mi się znaleźć szwedzki plakat reklamujący ten film, gdzie wykorzystano to właśnie zdjęcie, a późniejsza wizyta w warszawskiej Bibliotece FINA pozwala rozwiać ostatnie wątpliwości.

Adam, październik 2019

Odkrycie Agaty bardzo mnie ucieszyło, ale nie jestem jakoś specjalnie zaskoczony. Czuję, że zbliżamy się do ujawnienia tożsamości chłopca z okładki. Tylko jak to zrobić? Poszukiwania przez internetowe wyszukiwarki nie przynoszą rezultatów, zastanawiamy się nad kontaktem z muzeum, ale którym? Wiemy, że film, z którego pochodzi zdjęcie, nagrywany był w Ammassalik, dzisiejszym Tasiilaq położonym na wschodnim wybrzeżu Grenlandii. Najlepiej byłoby tam pojechać, ale to trudno dostępna, odizolowana część kraju. Dzieli mnie od niej kilkaset kilometrów lądolodu, a  czysto logistycznie –  kosztowny lot z kilkoma przesiadkami. Zresztą nawet gdyby chodziło o sąsiadujące z Sisimiut miasteczko, dotarcie do niego niekoniecznie byłoby łatwe. Grenlandzkie osady – jak wspominałem – nie są połączone siecią dróg, a transport odbywa się głownie nękaną przez niepogodę drogą lotniczą. Trzeba znaleźć inne rozwiązanie.              

W tak odludnym miejscu, gdzie zaopatrzenie dociera  tylko przez kilka miesięcy w roku, a wybór na sklepowych półkach bywa - delikatnie mówiąc - skromny, dość dobrze przyjęły się internetowe tablice ogłoszeń. Znaleźć można tam używaną sofę czy komodę, zamówić domowej roboty sushi czy też odkupić sztangę bezcłowych papierosów, świeżo upolowaną fokę lub kieł narwala. W wirtualnej przestrzeni kwitnie również handel wymienny. Pomyślałem, że skoro można w niej wymienić starego hiluxa na broń myśliwską, czemu by nie spróbować ustalić tożsamości Anaruka. To był strzał w dziesiątkę! Po godzinie od ukazania się okładkowego zdjęcia wiedzieliśmy już, że chłopiec, którego pokolenia polskich dzieci w swojej niewiedzy nazywały Anarukiem, nosił zupełnie inne imię. Oczywiście! Przecież nie mógł się nazywać „Sraj to”. Nie nazywał się również Amaroq jak początkowo zakładaliśmy.    

Kim był Anaruk, chłopiec z Grenlandii?

Simeon Ferdinand Noa Umeerinneq Larsen, syn Thorvalda i Frederikke, urodził się 25 lutego 1923 roku w Pikiiddi, został ochrzczony 17 lipca tego samego roku w Tasiilaq.  Jego żona miała na imię Ida.  

To tylko część informacji, które zdobywamy za pomocą mediów społecznościowych. Pod postem odzywają się członkowie rodziny Simmujooqa, bo jak to się dzieje w przypadku wielu innych Grenlandczyków, jego imię ze chrztu zostało w mowie codziennej „zgrenlandyzowane”. Nasz post wywołuje pozytywne reakcje. Mieszkańcy Tasiilaq ciekawi są, jak to możliwe, że o Simmujooqa nagle pytają ludzie o wschodnioeuropejsko brzmiących nazwiskach. Po dwóch dniach zainteresowanie umiera śmiercią naturalną i aby zdobyć więcej informacji, postanawiam wykonać kilka telefonów.  

Najpierw dzwonię do Thomasine, dla której Simmujooq był wujkiem. Woli ona rozmawiać po grenlandzku, więc aby cenne informacje nie zginęły w tłumaczeniu, rozmowę prowadzi moja żona. Thomasine wydaje się trochę zdystansowana i niepewna. Nie do końca chyba wie, z kim tak naprawdę rozmawia i co chodzi w tej całej aferze z jej wujkiem. Dopiero gdy kojarzy, że Birthe jest twarzą z reklam grenlandzkiej sieci supermarketów, pierwsze lody zostają przełamane. Innym źródłem informacji jest jedna z siostrzenic Simmujooqa, Joelsine. Z nią rozmawiam już osobiście, a komunikacji pomaga fakt, że dość szybko znajdujemy wspólnych znajomych.  

Zapewne dzięki filmowi Knuda Rasmussena pamięć o Simmujooqu nie zaginęła, jego imię wspominano przecież za każdym razem, kiedy film pokazywano w telewizji. Zresztą opowiadał ponoć, jak na potrzeby filmu kazano mu biegać, krzyczeć i wymachiwać rękoma. Nie miał oczywiście pojęcia, że jego twarz znana jest również gdzieś daleko w Polsce, w kraju, o którym najprawdopodobniej nigdy w życiu nie słyszał.  Może gdyby żył dłużej, ta informacja w jakiś sposób by do niego dotarła. Żadna z moich rozmówczyń nie miała szansy poznać go osobiście. Simmujooq zginął w lawinie w wieku 24 lat, w 1947 roku, kiedy to wraz z dwoma innymi zaprzęgami jechali Tiniteqilaaq do Kuummiut. Umarł bezpotomnie, jego jedyna córka zmarła krótko po narodzinach. Z rozmów z jego krewnymi dowiaduję się również, że powoził tylko jedną ręką, drugą amputowano mu po nieszczęśliwym wypadku z bronią myśliwską, która wtedy przejmowała rolę używanych od wieków harpunów.  Informacje, które zdobywam, są raczej smutne, ale jako że nie udaje mi się dotrzeć do nikogo, kto znał Simmujooqa osobiście, trudno powiedzieć, czy wiódł szczęśliwe życie. Z natury był ponoć cichy i spokojny.

Nasz bohater umarł, zanim książka o Anaruku zdążyła zyskać swą ogromną popularność i szturmem wtargnąć do polskich szkół. Również nikt z rodziny nie wiedział, że młodzi czytelnicy w Polsce mają go za dobrego znajomego, a może nawet przyjaciela niejakiego Czesława Centkiewicza, który rzekomo obserwował życie jego rodziny i współmieszkańców. A rodzinę ma dużą, rodzeństwo Simmujooqa wydało na świat około trzydzieściorga dzieci. Jego bratankowie, siostrzenice i ich dzieci żyją dziś rozrzuceni po całym grenlandzkim wybrzeżu. Nie tylko. Los zrządził, że ich potomkowie mieszkają również w Polsce i (dopóki się z nimi nie skontaktowałem), podśmiewując się z osobliwego imienia grenlandzkiego chłopca ze szkolnej lektury, nie mieli pojęcia, że z okładki uśmiecha się ich wujek. Ten szczególny zbieg okoliczności rodzi w mojej głowie pytanie: czy nasz kraj jest już na tyle cywilizowany, by wydawnictwo, które przez dekady czerpało zyski z poniekąd skradzionego wizerunku Simeona Larsena, jest w stanie przyznać się do błędu i wziąć za to odpowiedzialność?  Czy może pod tym względem cywilizacyjnie znajdujemy się gdzieś na poziomie opisywanej przez Czesława Centkiewicza Grenlandii? Kraju, w którym nigdy nie postawił  nogi.  

No i jak ustosunkują się do tego przedstawiciele polskiego szkolnictwa odpowiedzialni za to, że książka przez tak długi czas znajdowała się na liście lektur obowiązkowych, a tysiące polonistów od dziesięcioleci każe uczniom czytać Anaruka jako reportaż? Jeśli książka Czesława Centkiewicza miałaby pozostać lekturą, może warto byłoby wykorzystać ją raczej do przedstawienia rozwoju, który w ciągu ostatnich stu lat dokonał się w społeczeństwie grenlandzkim, a historia powstania tego utworu mogłaby dodatkowo posłużyć ukazaniu, jak wielkie znaczenie dla odczytywania dzieła noszącego znamiona literatury faktu ma znajomość jego kontekstu.   

(c) Adam Jarniewski i Agata Lubowicka 2019. 

Kopiowanie, przedruk i publikacja w jakiejkolwiek formie (również elektronicznej) do celów komercyjnych i prywatnych, bez zgody autorów zabronione.