
Minęło już ładnych parę lat, odkąd razem z Agatą Lubowicką napisaliśmy tekst o centkiewiczowskim Anaruku, a właściwie o chłopcu z okładki tej kultowej lektury szkolnej, która dla wielu pokoleń była pierwszym i czasem jedynym punktem odniesienia dla Grenlandii. Na okładkę książki Pauliny Tondos nie mogę patrzeć bez skojarzeń z tamtą historią. By poznać prawdziwą tożsamość okładkowego Anaruka vel “sraj to” potrzebne były kwerendy i telefony do najodleglejszych zakątków Grenlandii. By dowiedzieć się, kim jest dziewczynka reprezentująca ów “ulotny duch Północy” musiałbym prawdopodobnie poprosić o pomoc kogoś z Korei.
Jak zostać Grenlandką za pięć dych
Nie wiem, czy trzeba mieć córki na Grenlandii, żeby zauważyć, że dziewczynka z okładki nie przypomina grenlandzkiego dziecka. Nie wiem, czy trzeba tu mieszkać, by dostrzec, że zdjęcie zostało wykonane w zupełnie innym miejscu na Ziemi. Nie wiem również, czy taki zabieg jest dziś standardową praktyką wydawniczą, czy może jednak osobliwym wyjątkiem wydawnictwa Bezdroża – może ktoś bardziej obeznany z realiami rynku będzie potrafił się w tej kwestii wypowiedzieć?
Ja od dawna mam pewien problem z okładkami reportaży, na których pojawiają się twarze przypadkowo sfotografowanych osób, czyniąc je, (często bez ich wiedzy) symbolicznymi reprezentacjami miejsc opisywanych przez podróżnych reporterów. Wystarczy spojrzeć na reporterskie serie polskich wydawnictw, by zobaczyć, jak często ten schemat się powtarza. Możliwe, że dwie dekady spędzone w jednym z takich „egzotycznych” miejsc na Ziemi, gdzie bez większej refleksji pstryka się zdjęcia wszystkiemu co się rusza i nie rusza, przewrażliwiły mnie nieco w tej kwestii. Ale nie o tym ma być ten post.
Okładka książki Pauliny Tondos reprezentuje według mnie zupełnie nowy wymiar współczesnej bylejakości i marketingowego kombinatorstwa. Ta uśmiechnięta dziewczynka staje się symboliczną „twarzą Grenlandii” nie dlatego, że ma z nią cokolwiek wspólnego. Jest nią, bo ktoś wrzucił jej wizerunek do stockowej bazy zdjęć z hasztagami cute girl i northpole. To dziś wystarczy, by stać się “ulotnym duchem Grenlandii”. A pięć dych za pobranie tej fotografii to przecież ułamek kosztu wysłania na Grenlandię kogoś z aparatem.
Ta okładka (i nie tylko ona, ale o tym za chwilę) jest dla mnie znakiem czasów. Takim wykalkulowanym niechlujstwem, którego i tak mało kto się dopatrzy. Bo umówmy się: tylko jakiś nawiedzony idiota będzie sprawdzał, czy dziewczynka z okładki ma cokolwiek wspólnego z Grenlandią. Kilka lat wcześniej ta sama uśmiechnięta buzia robiła już za twarz koreańskiej zimy. Jak widać, duch Północy jest nie tylko ulotny, ale i wyjątkowo mobilny.
Na trop ten nie wpada na przykład żaden z blogowych recenzentów, których opinie zdobią profil książki na popularnych portalach z recenzjami. Nie dziwię się im i nie mam im tego za złe. Ci współcześni opiniotwórczy literaturoznawcy kryjący swą tożsamość pod nickami typu “kasia_czyta” czy „bookstagramowy _Krzysztof” dostają przecież całe kartony książek do recenzji. Nie ma tu czasu na tego typu rozkminki, więc dajmy ludziom zarobić na ich czytelniczej pasji, zanim sztuczna inteligencja wymiecie ich z rynku.
Ale przecież liczy się wnętrze
„Ale nie oceniaj książki po okładce”, lubią mawiać Anglosasi i ludzie zmuszeni wierzyć, że bardziej liczy się wnętrze aniżeli wygląd człowieka. A że sam się do nich zaliczam, (tych z brzydką gębą, nie Anglosasów) i sam w poszukiwaniu miłości życia mocno się tej zasady trzymałem, nie chcę być hipokrytą. Więc ostrożnie zaglądam co się pod ową okładką kryje.
Już na samym początku okazuje się, że historia naszego anarukowego śledztwa obiła się autorce o uszy, więc dobór okładki dziwi tym bardziej. Dziwi również brak jakiegokolwiek przypisu czy odniesienia do pracy, jaką razem z Agatą w to śledztwo włożyliśmy. Nie tak mnie kiedyś na uniwersytetach uczono, ale szybko spostrzegam, że przypisów w tej książce to tak generalnie brakuje, więc stwierdzam, że czasy są dziś inne. Zresztą na początku książki znajduje się adnotacja: “Autor oraz wydawca dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich.“ No i sprawa załatwiona, moja wyimaginowana prawniczka może spać spokojnie. Nie będę jej nękał prośbami o opinię prawną, a moje wąskie grono obserwatorów uniknie w ten spoób tradycyjnych w takich przypadkach wpłat na internetową zrzutę na jej niemałe zapewne honorarium. Ja wciąż jednak miotam się trochę z myślami, czy taka notka w literaturze faktu to w ogóle wypada. Ale to pewnie kolejny już znak czasów, więc zostawmy takie rozkminy zgorzkniłym facetom w średnim wieku, którzy każdy przejaw postępu potrafią skomentować nieśmiertelnym “kiedyś to było”.
Wertując kolejne strony tej książki coraz lepiej rozumiem zasadność ww. adnotacji. Oszczędzę Wam tu komentowania treści akapit po akapicie, bo to ani ciekawe nie jest, a i czasu tyle nie mam. Do każdej z 183 stron, tak na oko, z pięć wpisów blogowych można by napisać. Oczywiście gdyby ktokolwiek jeszcze blogi czytał. A ja jutubowych commentary w stylu jakiegoś Stanowskiego nie mam tu zamiaru uprawiać, bo ani mikrofonu nie mam do tego, ani lampy takiej fajnej telewizyjnej. A o swojej aparycji już chyba wspominałem.
Wszystko byłoby prostsze, gdyby było oczywiste
Ale jeden taki fragment sobie wybrałem, żeby pokazać skalę i mechanizm problemu z dzisiejszą „literaturą faktu”. A żebyście się do merytoryki nie czepiali, na wszelki wypadek wybiorę ten o grenlandzkiej edukacji, czyli dyscyplinie, z którą pozostaję w chwilami burzliwym, ale jednak nieprzerwanym związku od ponad 20 lat. Można chyba nawet powiedzieć, że zęby na niej zjadłem, bo nie raz je ostro zaciskać musiałem słuchając wszelakich wymówek i fantazyjnych wywodów moich grenlandzkich uczniów. A że na Grenlandii opieka stomatologiczna czasem kuleje, to dwóch zębów już się pozbyłem.
Ale miało być o edukacji, a nie służbie zdrowia. Więc może zacznijmy od tego cytatu z książki Pauliny Tondos:
“Poziom wykształcenia mieszkańców wyspy nie jest wysoki – około 60 proc. populacji zakończyło edukację na poziomie podstawowym (8 klas) lub niższym średnim (10 klas). Oczywiście wynika to z ograniczonej liczby szkół wyższego stopnia. Licea są tylko w czterech miastach. Oprócz tego naukę można pobierać w jednym z dziesięciu techników.” (P. Tondos, „Grenlandia. Ulotny duch Północy”, s. 147)
Skoro jesteśmy przy liczbach i statystykach, dorzućmy jeszcze jedną: z czterech powyższych zdań tylko jedno można zostawic bez poprawek i nawet taki humanista jak ja w głowie sobie wyliczy, że to 25%. Na Grenlandii rzeczywiście są „tylko” cztery licea.
Do liczb oczywiście najłatwiej się przyczepić, a bez przypisów trudno ustalić, czy problem powstał u źródła, w tłumaczeniu, w interpretacji, czy może gdzieś w cyfrowym kapeluszu któregoś z modeli językowych.
Grenlandzki system szkolny w ogóle nie zna opisanego przez autorkę podziału na ośmioletni poziom podstawowy i dwuletni „niższy średni”. Obowiązkowa meeqqat atuarfiat ma tutaj 10 klas, a jej ukończenie odpowiada mniej więcej wiekowo ukończeniu dawnego polskiego gimnazjum, bo pierwsza klasa jest właściwie odpowiednikiem zerówki – uczniowie zaczynają szkołę w wieku sześciu lat.
Nie ma też wspomnianych przez Tondos dziesięciu techników, ani pięciu, ani nawet jednego. Znowu nie bardzo wiem, skąd ta informacja została zaczerpnięta. Jest za to sporo szkół zawodowych, których nazywanie „technikami” byłoby dość karkołomnym przekładaniem grenlandzkiego systemu edukacji na polskie realia. Dlatego ja nawet nie próbuję ich liczyć, bo czy na przykład dwuletnia dzienna szkoła szycia kobiecego stroju narodowego to już zawodówka, czy jeszcze przydługi kurs hobbistyczny?
Mnie jednak bardziej od tych liczb interesuje w tym akapicie niepozorne słowo „oczywiście”. Bo o ile błędną liczbę można sprawdzić i poprawić, o tyle z „oczywiście” sprawa jest znacznie mniej oczywista. Ono nie opisuje już grenlandzkiej rzeczywistości, tylko mówi czytelnikowi, jak ma ją rozumieć. I właśnie takie „oczywiście” widuję zaskakująco często, natrafiając na polskie materiały o Grenlandii - nie tylko u pisarzy. Autor widzi jakiś fragment tutejszej rzeczywistości, przykłada do niego własny sposób rozumienia świata, a potem przedstawia wynik tego działania jako coś, co nie wymaga już dalszego wyjaśnienia.
Prawdą jest, że ok. 60 proc. Grenlandczyków formalnie kończy edukację właśnie na poziomie dziesiątej klasy. Dla Europejczyka brzmi to dość hardkorowo i taki stan rzeczy ma swoje bardzo złożone przyczyny. Jeśli jednak przez “ograniczoną liczbę szkół” rozumieć po prostu brak miejsc do nauki, to z mojej ponad dwudziestoletniej perspektywy takie wyjaśnienie zupełnie się nie spina. Czasem uczę klasy składające się z czterech czy pięciu osób, a nigdy nie ma ich więcej niż 24, czyli ustawowe maksimum. A wcale nie jesteśmy najbardziej „niedouczniowaną” szkołą na Grenlandii – w wielu innych na chętnych czeka jeszcze więcej pustych ławek.
Nieco niejasna logika omawianego tu akapitu pozostawia jednak pewne, dość istotne pole do domysłów. Być może przez „ograniczoną liczbę szkół” autorce chodzi nie o brak miejsc, lecz o ich realną, geograficzną dostępność i wynikającą z niej konieczność wyprowadzki w celu kontynuowania nauki. Tyle że i tutaj grenlandzka rzeczywistość okazuje się nieco bardziej złożona.
Tak, warunki demograficzno-geograficzne są ogromnym wyzwaniem i wymuszają na Grenlandczykach sporą mobilność – nie tylko na polu edukacji. Czasowo opuścić miejsce zamieszkania trzeba z najróżniejszych powodów: porodu, leczenia nawet błahych z europejskiej perspektywy dolegliwości czy wszelakich szkoleń zawodowych, a w przypadku myśliwych i rybaków także migracji zwierzyny (choć to ostatnie zdarza się coraz rzadziej). Mobilność jest integralną częścią naszego życia na wyspie i przeprowadzkę, nawet w przypadku piętnastolatków, traktuje się tu w zupełnie innych kategoriach niż w Europie. Mój teść jako piętnastolatek popłynął statkiem do Danii. Wrócił po czterech latach dopiero jako wykształcony sieciarz, a kontakt z rodziną utrzymywał przez ten czas wyłącznie za pomocą listów. Kilkadziesieciąt lat później my też musieliśmy czasowo przeprowadzić się do Nuuk w związku z edukacją mojej żony. To jest po prostu część tutejszej codzienności.
Nie znaczy to oczywiście, że konieczność wyprowadzki nie jest barierą. Jest – i dla części młodych ludzi zapewne dość poważną. Ale podawanie jej jako „oczywistego” wyjaśnienia, dlaczego 60 proc. mieszkańców kończy formalną edukację na szkole podstawowej, jest w najlepszym razie ogromnym uproszczeniem.
Ucz się, dziecko, ucz. Albo idź na ryby!
Więc może warto zajrzeć tej statystyce pod maskę, bo chyba nie wszystko jest w niej aż tak „oczywiste”, jak Paulinie Tondos się wydaje. Zacząć wypada od dość zasadniczej różnicy między grenlandzkim a europejskim podejściem do edukacji. Powtarzane jak mantra, przynajmniej w zamierzchłych czasach mojej młodości, przez polskich rodziców i nauczycieli „Ucz się, dziecko, ucz, bo nauka to potęgi klucz” nie do końca wytrzymuje zderzenie z arktyczną rzeczywistością. W tutejszej mentalności, ale też zwyczajnie w tutejszej rzeczywistości, związek między formalnym wykształceniem a zapewnieniem sobie godziwego życia jest znacznie słabszy. Wykształcenie nie zawsze jest postrzegane jako ten przysłowiowy klucz do lepszego życia.
Takie podejście nie wzięło się jednak znikąd. Tu naprawdę można zarabiać przyzwoite pieniądze bez formalnego wykształcenia albo z wykształceniem znacznie niższym, niż byłoby to potrzebne na podobnym stanowisku w Polsce. Nie jest tu niczym niezwyczajnym, że z pracownika szeregowego z czasem awansujesz na sam szczyt firmowej hierarchii i wcale nie musisz z tej okazji robić podyplomówki z marketingu i zarządzania.
Ale dla lepszego zrozumienia tych “oczywistych“ 60 procent brakuje jeszcze jednego ważnego elementu grenlandzkiej rzeczywistości. Tu w wielu przypadkach umiejętności nadal przekazywane są z ojca na syna, bez żadnego formalnego kształcenia zawodowego. Dotyczy to przede wszystkim rybaków i myśliwych, którzy swoje „kariery” rozpoczynają często w bardzo młodym wieku i kiedy po podstawówce przychodzi czas na wybór zawodu, oni swój właściwie już wybrali.
Tym chłopakom, przyzwyczajonym do przestrzeni, nieprzewidywalności i sporej dawki adrenaliny, od najmłodszych lat samodzielnie decydującym o tym, kiedy i na jak długo pójdą do pracy, trudno wyobrazić sobie siedzenie od rana do południa w szkolnej ławce i słuchanie, dlaczego Słowacki wielkim poetą był. Gdzieś z tyłu głowy dobrze wiedzą, że jakieś wykształcenie warto byłoby zdobyć, ale z drugiej strony trudno im uzasadnić przed samymi sobą taką inwestycję czasu w coś, co niekoniecznie zapewni im dostatniejsze życie. A już na pewno nie da im porównywalnego statusu społecznego, bo tutaj umiejętność upolowania wieloryba czyni z ciebie osobę z którą znacznie chętniej chciałbyś utknąć na długim grenlandzkim wieczorze, niż z kimś, kto przekłada papierki w kancelarii adwokackiej lub siedzi w szpitalnym gabinecie od 8 do 16 i słucha, co ludziom dolega.
Z zasadnością takiego podejścia można się zgadzać lub nie. Ja sam często patrzę na nie krytycznie i często rozmawiam z moimi uczniami, dziećmi i znajomymi o tym, że godziny spędzone na morzu i przerzucanie ton mięsa i ryb prędzej czy później odbiją się na zdrowiu, więc dobrze mieć w zanadrzu jakiś wyuczony zawód na czas, kiedy organizm przestanie już nadążać za ambicjami.
Obserwujący nas na instagramach pewnie od razu skojarzą, że nawet nasza pierworodna wybrała na swój pomaturalny gap year życie rybaka i myśliwego. Decyzja o studiach wcale nie przyszła jej bez wahania. Doskonale wiedziała, że oznacza nie tylko rezygnację z wolności i codziennego kontaktu z naturą, jakie daje jej dotychczasowe życie, ale też perspektywę kilku lat z dużo chudszym portfelem. Bo nawet po studiach może przez jakiś czas zarabiać mniej, niż dziś zarabia na łowieniu ryb i polowaniach.

Wielu z tych chłopaków poprzez powszechnie dostępne kursy i szkolenia z czasem zdobywa przeróżne uprawnienia. Swoją drogą, dobrze byłoby sprawdzić, po której stronie tej statystyki 60/40 lądują absolwenci takich szkoleń: szyprowie, bosmani, marynarze, outfitterzy i wszelkiej maści kapitanowie łodzi turystycznych.
Aby na ocenę dostateczną (E/02) zdać grenlandzki “egzamin ośmioklasisty” (czyli dziesięcioklasisty), trzeba między innymi zrozumieć otrzymany tekst, wyłuskać z niego najważniejsze informacje i potrafić przedstawić je własnymi słowami. Umówmy się, samo to nie jest to żadym edukacyjnym Mount Everestem, mniej więcej drugi szczebel drabiny w taksonomii Blooma (belfry znajo, o co chodzi). Czy nie jest więc pewną ironią losu, że Tondos, z wykształcenia kulturoznawczyni i absolwentka uniwersytetu w samej stolicy Rzeczypospolitej, pisząc o „niskim poziomie wykształcenia mieszkańców Grenlandii”, sama kończy tę wspinaczkę gdzieś przed pierwszym obozem? Może warto by było przyjrzeć się polskiemu systemowi edukacji?
Wszyscy, czyli mniej więcej ilu?
Ale żeby nie było, że jakiś stary belfer, który ugrzązł w zadupiu grenlandzkiego systemu edukacji się uwziął, podrzucam jeszcze jeden fragmencik do szybkiej oceny i nieco głębszej refleksji:
„Przez wiele lat wszyscy nauczyciele byli Duńczykami. Nie znali kalaallisut i nie rozumieli lokalnej kultury (a także swoich uczniów). Większość po zakończeniu kontraktu wyjeżdżała. Sytuacja permanentnej wymiany nauczycieli była standardem. Nie wpływało to rzecz jasna pozytywnie na edukację dzieci. Po uzyskaniu przez Grenlandię autonomii na wyspie otwarto kolegia nauczycielskie, dzięki czemu dziś większość pedagogów pochodzi z wyspy.” (P. Tondos, „Grenlandia. Ulotny duch Północy”, s. 148)
Tu znowu dzieje się coś charakterystycznego: kilka elementów przypadkowo wyrwanych z grenlandzkiej historii, doprawionych szczyptą błędnych przekonań, tworzy obraz, który z historią i rzeczywistością grenlandzkiej edukacji ma już niewiele wspólnego.
Oczywiście nigdy nie było tak, że „wszyscy” nauczyciele byli Duńczykami. Co zabawniejsze, jeśli już koniecznie trzymać się równie pojemnego, co wygodnego określenia autorki „przez wiele lat”, to przez naprawdę wiele lat sytuacja wyglądała niemal dokładnie odwrotnie.
Na długo zanim zaczęto masowo sprowadzać nauczycieli z Danii, Grenlandia miała już własny, całkiem nieźle rozwinięty jak na ówczesne warunki system edukacji. Kiedy na przełomie XIX i XX wieku w wielu regionach Europy analfabetyzm wciąż stanowił poważny problem, na tej odległej arktycznej wyspie był już zjawiskiem marginalnym. Szkoła była wtedy silnie związana z Kościołem, a dzieci w rozsianych po wybrzeżu miejscowościach uczyli przede wszystkim miejscowi katecheci (ajoqit) i nauczyciele. I, co w kontekście wywodu Tondos dość istotne, nauczanie odbywało się przede wszystkim po grenlandzku.
W statystykach dla Zachodniej Grenlandii z 1920 roku liczba duńskich nauczycieli wynosi piękne, okrągłe zero. W 1930 roku było ich czterech, siedem lat później dziewięciu. Grenlandzkich katechetów, którzy pełnili również funkcje nauczycielskie, liczono w tym czasie nie w sztukach, lecz w setkach. [1]
Duńczycy rzeczywiście później zdominowali grenlandzkie szkoły, tyle że był to konkretny okres w znacznie dłuższej historii tutejszej edukacji, a nie jakieś bliżej nieokreślone „przez wiele lat”. Proces przyspieszył po reformach z 1950 roku. Liczba dzieci gwałtownie rosła, miejscowych wykwalifikowanych nauczycieli brakowało, więc kadry zaczęto na dużą skalę sprowadzać z Danii. W 1960 roku Duńczycy stanowili około jednej trzeciej nauczycieli, pięć lat później już ponad połowę, a w 1971 ich udział sięgnął mniej więcej dwóch trzecich.
Dużo? Oczywiście. Wszyscy? No nie. Matematyka bywa jednak wyjątkowo odporna na literacką hiperbolę.
134 lata w tę czy we w tę
Na taką historyczną wybiórczość i uogólnienia można jeszcze przymknąć oko. Tę krótką wycieczkę w historię grenlandzkiego szkolnictwa zrobiłem zresztą bardziej jako ciekawostkę, bo mało kto zapewne kojarzy tę stereotypową krainę lodu i Eskimosów odzianych w futra z powszechną umiejętnością czytania i własnymi kadrami nauczycielskimi już na długo przed XX-wieczną danizacją. Prawdziwy problem z cytowanym fragmentem zaczyna się jednak dopiero w jego ostatnim zdaniu. To ono pokazuje, że autorce nie tylko umknęło kilka istotnych szczegółów z historii grenlandzkiej edukacji, ale przede wszystkim nie udało się uchwycić specyfiki kraju, o którym napisała książkę: miejsca, w którym niemal wszystko, od edukacji po opiekę zdrowotną, podporządkowane jest geografii, demografii i ogromnym odległościom.
Po wprowadzeniu autonomii w 1979 roku na Grenlandii nie otwarto żadnych „kolegiów nauczycielskich” bo takie kolegium już istniało. Jedno. I wcale nie jest to nic dziwnego. Kraj liczący około 56 tysięcy mieszkańców rozrzuconych po terytorium siedmiokrotnie większym od Polski nie może mieć każdego rodzaju szkoły w każdym mieście. W stolicy mieszka około 20 tysięcy ludzi, w Sisimiut, drugim co do wielkości mieście - około 5,5 tysiąca, a potem jest ich już tylko mniej. Trudno więc oczekiwać, żeby każda z tych miejscowości miała własne liceum, szkołę morską, pielęgniarską, handlową i kolegium nauczycielskie.
I tu wracamy do wspomnianej wcześniej konieczności przeprowadzek. Grenlandzka edukacja jest po prostu porozrzucana po kraju tak samo jak jego mieszkańcy. W Sisimiut można kształcić się między innymi w kierunkach technicznych i budowlanych (np. inżynier arktyczny), w Qaqortoq – handlowych i administracyjnych, a w Nuuk studiować choćby prawo, pielęgniarstwo czy właśnie zostać nauczycielem w szkole podstawowej. Chcesz zdobyć konkretne wykształcenie, jedziesz tam, gdzie znajduje się odpowiednia szkoła. Czasem oznacza to kilkaset, czasem ponad tysiąc kilometrów, a ponieważ między grenlandzkimi miastami nie ma dróg, przeprowadzka jest oczywiście wyzwaniem, ale jednocześnie czymś równie zwyczajnym jak kupienie zimowej kurtki. Jedno i drugie prędzej czy później po prostu trzeba zrobić.
I właśnie dlatego ostatnie zdanie Tondos jest dla mnie znacznie poważniejszym problemem. Ilinniarfissuaq w Nuuk nie tylko nie powstało po wprowadzeniu autonomii w 1979 roku. Początki kształcenia nauczycieli i katechetów w tej instytucji sięgają 1845 roku. Przez ponad sto lat, aż do powstania Ilisimatusarfik (Uniwersytetu Grenlandzkiego), było to najwyższe dostępne na Grenlandii wykształcenie. Ilinniarfissuaq jest symbolem grenlandzkiej edukacji, związanym przez pokolenia z grenlandzką tożsamością i poczuciem narodowym. Z jego murów wyszły całe pokolenia nauczycieli, duchownych i ludzi tworzących miejscową inteligencję. Absolwentami byli choćby Jonathan Motzfeldt, pierwszy premier autonomicznej Grenlandii, oraz Lars Emil Johansen, który również później stanął na czele grenlandzkiego rządu.
Sam też załapałem się jeszcze na czasy, kiedy grenlandzka oświatą, na wszystkich poziomach, zarządzaja absolwenci tej uczelni. To nie była więc jakaś szkoła otwarta naprędce po 1979 roku, żeby wreszcie nauczyć Grenlandczyków, jak mają uczyć własne dzieci. To jedna z najstarszych i najważniejszych instytucji edukacyjnych w historii tego kraju.
Żeby pokazać, jak osobliwie brzmi ostatnie zdanie Tondos dla mnie jako mieszkańca Grenlandii od dwóch dekad związanego z edukacją, spróbujmy małego eksperymentu i przenieśmy jej sposób opowiadania historii na polski grunt:
„Przez wiele lat wszyscy nauczyciele na ziemiach polskich byli przedstawicielami państw zaborczych. Nie znali polskiego i nie rozumieli miejscowej kultury ani swoich uczniów. Sytuacja zmieniła się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, kiedy zaczęto otwierać polskie uczelnie, między innymi Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, dzięki czemu Polacy mogli wreszcie kształcić własnych nauczycieli i elity.”
Brzmi nawet całkiem przekonująco. Byli zaborcy, była rusyfikacja i germanizacja, była niepodległość. Wszystkie klocki pochodzą z oryginalnego zestawu, problem w tym, że instrukcję składania najwyraźniej znaleziono w zupełnie innym pudełku. Bo wszyscy przecież wiemy, że kiedy Piłsudski w 1918 roku wysiadał z pociągu w Warszawie, Uniwersytet Jagielloński był już dawno po hucznych obchodach swojego pięćsetlecia. Były też dzieci z Wrześni, był Zygier recytujący „Redutę Ordona” w „Syzyfowych pracach” także polskiemu czytelnikowi nikt nie wmówi, że za zaborów nasz piękny język zniknął ze świata edukacji.
Podobne fikołki nie są, niestety, specjalnością ani wydawnictwa Bezdroża, ani Pauliny Tondos. Znajduję je nagminnie również u autorów znacznie bardziej renomowanych i w publikacjach, którym z założenia powinniśmy ufać bardziej. I to skłania mnie do refleksji, która wykracza daleko poza samą Grenlandię. Co z książkami, filmami i artykułami o innych miejscach na świecie, do których nigdy nie pojadę, a tym bardziej nie zamieszkam tam na dwadzieścia lat, nie założę rodziny, nie zatrudnię się w miejscowej szkole i nie stanę się choćby drobną częścią codziennego życia? Skąd mam wiedzieć, że historia podana wystarczająco wiarygodnie i zapakowana w odpowiednią okładkę nie jest w rzeczywistości jedynie dobrze opowiedzianą pomyłką?
[1] Axel Kjær Sørensen, Denmark–Greenland in the Twentieth Century, „Meddelelser om Grønland. Man & Society”, vol. 34, Museum Tusculanum Press, Copenhagen 2007, tab. 13: „School and church staff in Western Greenland, 1910–37”.
