Aktualności

Nauka grenlandzkiego

Filmiki z lekcjami języka grenlandzkiego

04 Październik 2016 Nauka grenlandzkiego

Po dziewięciu latachna Grenlandii – krótki rachunek sumienia

Ludzie maile piszą - parafrazując słowa przeboju grupy Skaldowie - i pytają jak to jest mieszkać na Grenlandii będą Polakiem, co jest najtrudniejsze a co przyszło łatwiej. I czy mi się tam podoba. Odpowiedź nie zawsze jest prosta ale postaram się to w kilku akapitach wyjaśnić.

01 Czerwiec 2015 Po dziewięciu latachna Grenlandii – krótki rachunek sumienia

Moje polowania na Grenlandii





MOJE POLOWANIA NA GRENLANDII

Moja przygoda z polowaniem rozpoczęła jesienią 2007 roku. Choć na Grenlandii osiedliłem się ponad rok wcześniej nigdy nie wyobrażałem sobie, że złapie bakcyla, gdyż mieszkając w Polsce polowaczka nigdy nie chodziła mi po głowie a na Grenlandie przeprowadzałem się raczej ze względów matrymonialno - opiekuńczych niż rekreacyjnych.


Pierwszy raz w polowaniu uczestniczyłem w czerwcu 2006 roku, nie w charakterze myśliwego ale jako tłumacz dla grupy Polaków która przyjechała na Grenlandię by strzelać do wołów piżmowych. Wtedy jeszcze polowania wydawały mi się zajęciem dość barbarzyńskim jak na dzisiejsze czasy .

Z czasem kiedy mieszkałem na Grenlandii przyzwyczajałem się do tamtejszego trybu życia i stopniowo oswajałem z myślą o samodzielnym wypełnianiu domowej zamrażarki.

Na pierwsze polowanie dałem się wyciągnąć przez Henrika, Duńczyka od dwóch lat mieszkającego w Sisimiut i pochłoniętego pasją polowań. Od niego kupiłem także pierwszą broń - nadmienię tu tylko że na Grenlandii broń myśliwską kupuje się bez jakichkolwiek pozwoleń i papierków. Wystarczy że jest się pełnoletnim a strzelbę zakupić można np. w supermarkecie.

Jako że było to polowanie na renifera musieliśmy wypłynąć jego łodzią w głąb fiordu ok. 20 km od Sisimiut. Najczęściej wygląda to tak, że wypływa się wieczorem dzień przed polowaniem  i spędza noc w jednym z licznych domków myśliwskich należących do gminy.

Tak też zrobiliśmy, wstaliśmy skoro świt i wyruszyliśmy w górę w poszukiwaniu reniferów. Jako że był to początek września musieliśmy podążać dość wysoko gdyż w tym czasie jest jeszcze mało śniegu dlatego renifery chętnie zostają w górnych partiach gór z dala od wybrzeża. Dopiero gdy spadnie więcej śniegu (październik, listopad) schodzą one w niższe partie w poszukiwaniu pokarmu.

Po około godzinie marszu jako pierwsza okazja do strzału pojawił się zając (bielak). Niestety PUDŁO. Na własne usprawiedliwienie dodam, że na linii strzału stanęło jezioro dlatego nie mogłem podejść wystarczająco blisko. Poza tym było to pierwsze żywe stworzenie które miałem na muszce, choć nie będę ukrywał że szans na strzelenie mojego pierwszego bielaka zmarnowałem jeszcze kilka. Parę musiało ujść z życiem zanim nauczyłem się je odpowiednio podchodzić a przede wszystkim odnaleźć zamaskowane w śniegu.

Po następnej godzinie marszu Henrik przeszedł obok czterech stosunkowo niewielkich ptaków.

 -A to  co? " spytałem

-O, pardwy!

-Je się to?

-Jasne, chcesz to strzelaj.

 

Pardwy miały jeszcze swe piękne jesienne upierzenie, wspaniale maskujące się z otaczającym je krajobrazem. Nic dziwnego, że Henrik przeoczył te wyglądające jak kamienie ptaki. Dopiero gdy przeszedł obok nich poruszyły się i było mi łatwiej je zauważyć. Dziś wiem, że często tak się zachowują, siedzą nieruchomo i naprawdę można przejść 2 metry od nich nie zauważając ich obecności, czy to zimą czy latem. Dlatego podczas polowań na te ptaki tak ważne jest by spoglądać często do tyłu. Tego dnia były one wyraźnie „nie płochliwe”. Z czterech udało mi się strzelić trzy zanim ostatnia odleciała, nie szliśmy za nią gdyż było to w końcu polowanie na renifera. Dumny z siebie włożyłem swą pierwszą zdobycz do kaptura anoraka i udałem się dalej.

To było udane polowanie, na samym szczycie (ok. 700 m baaaaardzo długiego marszu) strzeliłem również swego pierwszego renifera - młodego samca, a w drodze powrotnej, już z reniferem na plecach wypatrzyliśmy woła piżmowego którego również udało się ustrzelić i poporcjować. Po mięso musieliśmy jednak przyjechać następnego dnia gdyż nie dalibyśmy rady znieść całego łowu do łodzi przed zmrokiem.

Od tamtego dnia zaczęła się moja przygoda z polowaniami. Jako że nie dysponuje jeszcze łodzią jestem zmuszony polować w okolicach miasta. Renifery czy woły piżmowe są w okolicach miasta raczej rzadkością dlatego poluje się tu zazwyczaj na pardwy i bielaki.

Jako że na co dzień pracuję w szkole szybko wypytałem bardziej doświadczonych kolegów gdzie najlepiej udać się na pardwy. Nie znałem jeszcze wtedy okolicy wiec chyba niewiele dały mi ich tłumaczenia. Wyglądało do mniej więcej tak.

 

-Musisz iść za Angerlussuaq " mówił Aputsiaq (płatek śniegu) machając ręką w kierunku zachodnim

-A gdzie to jest?

-Angerlusuaq znaczy ten co rzuca duży cień, to ta góra za drugim jeziorem, tam gdzie przejeżdżają zaprzęgi jadące do pierwszego fiordu.

 

Niewiele mi to wtedy mówiło. Tego dnia dowiedziałem się również że pardwy lubią siedzieć w miejscach gdzie od gór oderwały się kawałki skał, przy tych właśnie głazach  znajduję się dużo pokarmu, często nie przykrytego śniegiem.

Pierwsze samodzielne polowanie odbyło się w pewną październikową sobotę. Poszedłem sam i znajdując się pośrodku olbrzymich przestrzeni szybko straciłem rachubę gdzie jestem. Wiedziałem oczywiście jak wrócić do domu ale nie było szans na znalezienie miejsc o których mówili mi koledzy z pracy.  Byłem zdany tylko na siebie. Po około dwóch godzinach marszu znalazłem  miejsce gdzie z wierzchołka obsypały się głazy. Szybko udałem się w tamtym kierunku i kiedy tylko się zatrzymałem usłyszałem trzepot skrzydeł między kamieniami. Serce zaczęło mi bić jak szalone. 

To normalne " mówił mój znajomy który hobbistycznie poluje na pardwy od dziewiątego roku życia kiedy zdawałem mu relacje ze swego pierwszego samodzielnego polowania " zawsze to odczuwam na pierwszym polowaniu w sezonie.

Wdrapałem się na jeden z głazów a na innym, znajdującym się ok. 10 metrów ode mnie wypatrzyłem siedzącą jakby nigdy nic pardwe, miała już białe, zimowe upierzenie i była prawie niewidoczna leżąc zakryta do połowy w śniegu. Przyłożyłem broń i wycelowałem gdy nagle w lunecie zobaczyłem drugiego ptaka leżącego 20 cm dalej, zupełnie niewidocznego gołym okiem. Panika! Są dwie pardwy, która strzelać. Instynktownie zdecydowałem się na tę większą. Trafiona. Reszta ptaków odleciała. Podniecony nie zauważyłem nawet dokąd. Dziś wiem, że rozegrałbym tę akcję zupełnie inaczej. Jako pierwszą zawsze trzeba strzelać samicę, to ona przestraszona odlatuje najdalej i „zabiera” ze sobą resztę stada. Po drugie błędem było że nie spojrzałem dokąd reszta ptaków poleciała. Z reguły nie odlatują one dalej niż 50 metrów i jeżeli po drodze nie ma żadnych trudnych do pokonania przeszkód terenowych dość łatwo je ponownie wytropić. Poza tym nie mogłem zabrać swej pierwszej samodzielnej zdobyczy do domu gdyż skała na której siedziała okazała się za wysoka i niedostępna. Dziś na szczęście rzadko popełniam takie błędy choć ten ostatni przytrafił mi się również na polowaniu w zeszłym tygodniu gdy chcąc tylko przepłoszyć wysoko siedzącą pardwę trafiłem ją prosto w głowę i niestety już tam została. Cóż " mały prezent dla lisa czy kruka, szybko się takimi sprawami zajmują.

Pardwa, kwiecień 2008

Od tamtej pory regularnie chodzę na polowania, bardziej lub mniej udane. Z czasem poznałem miejsca gdzie lubi siedzieć zwierzyna i nauczyłem się ją podchodzić. Po dwóch latach polowań mogę z dumą powiedzieć, że dziś ci rzadziej polujący Grenlandczycy pytają się mnie gdzie iść na polowanie lub wręcz „wpraszają” się na moje.

Najlepszym okresem polowań jest dla mnie zdecydowanie marzec-kwiecień.  Słońce świeci wysoko, ok. 12-14 godzin dnia, ciepło i co najważniejsze można strzelić naprawdę dużo pardw, choć zdarza się również, że wracam do domu z pustymi rękoma. Ale również polowania w krótkie grudniowe dni mają wiele uroku. Jako że widno jest tylko przez 3-4 godziny wyruszyć należy jeszcze o zmroku (ok. godz 8.00) i na wyczucie wybrać dobre miejsce, gdyż najczęściej tylko w jedno zdążymy się udać.

Nigdy nie myślałem, że zabijanie zwierząt może sprawić  tyle radości ale to chyba tutejszy klimat i atmosfera sprawiają że jesteśmy zmuszeni do poszukiwania innych rozrywek.