Aktualności

Nauka grenlandzkiego

Filmiki z lekcjami języka grenlandzkiego

04 Październik 2016 Nauka grenlandzkiego

Po dziewięciu latachna Grenlandii – krótki rachunek sumienia

Ludzie maile piszą - parafrazując słowa przeboju grupy Skaldowie - i pytają jak to jest mieszkać na Grenlandii będą Polakiem, co jest najtrudniejsze a co przyszło łatwiej. I czy mi się tam podoba. Odpowiedź nie zawsze jest prosta ale postaram się to w kilku akapitach wyjaśnić.

01 Czerwiec 2015 Po dziewięciu latachna Grenlandii – krótki rachunek sumienia

Moja droga na Grenlandię


STOŁÓWKA STUDENCKA I TRAMWAJ CZYLI JAK NIEPOZORNE WYDARZENIA MOGĄ ZADECYDOWAĆ O TWOJEJ PRZYSZŁOŚCI I MIEJSCU NA ŚWIECIE


Moja przygoda z Grenlandią zaczęła się wiosną 2002 roku w studenckiej stołówce w Poznaniu. W tym czasie byłem szczęśliwym studentem trzeciego roku filologii germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza Poznaniu. Jedząc obiad z kilkoma przyjaciółmi opowiadaliśmy o planach na przyszłość. Wszyscy je mieli - oprócz mnie. Jarek jedzie na stypendium do Niemiec, Paweł (dzisiaj jego ksywka artystyczna to Papamusta) zakłada zespół hiphopowy a Grzesiu już pracuje w poważnym biurze ubezpieczeniowym. - No, to ja zdaję na skandynawistykę, co mi po samym niemieckim. Jak powiedziałem tak zrobiłem. Z pełnym żołądkiem poszedłem do sekretariatu instytutu skandynawistyki w Collegium Novum.

-Dzień dobry, na jakie filologie macie nabór w tym roku?
-Duńską i szwedzką.
-A z czego są egzaminy?
-Niemiecki lub angielski, polski i wiedza o krajach skandynawskich.
-Proszę podanie na filologie duńską.

W ten sposób w październiku 2002 byłem studentem dwóch kierunków. Jednak wciąż nie miałem odpowiedzi na pytanie, które nie tylko ja sam stawiałem sobie:

-No tak, ale co ty będziesz robił po tym duńskim?

Odpowiedzi szukałem jak wielu zbłąkanych na Internecie. Pewnego wieczoru wchodzimy na google.dk i wpisujemy jedno z pierwszych słów jakie znam po duńsku - tysk tj. niemiecki. Chciałem sprawdzić co można robić w Danii ze znajomością tego języka. Oczywiście pojawia się za dużo stron co oznacza ze trzeba skonkretyzować zapytanie.
-Może mogę tam uczyć niemieckiego?
Do tysk dodaje lærer, w ten sposób otrzymujemy zapytanie o nauczycieli języka niemieckiego. Jako pierwsze pojawiają się strony z Grenlandii w języku duńskim. Po kilku tygodniach studiowania tego języka jestem już w stanie zrozumieć, że potrzebują nauczycieli niemieckiego. Wszyscy wybuchają śmiechem.

-No tak Adam właśnie odkryłeś swoje przeznaczenie/powołanie. Będziesz uczył niemieckiego na Grenlandii.

Wtedy nikt nie traktował tego poważnie - a w szczególności ja sam. Nie wiedziałem przecież co przyniesie przyszłość.
Kolejnym niepozornym, krótkim lecz bardzo ważnym wydarzeniem był ............... powrót tramwajem z uczelni do domu. Przeważnie chodzę na pieszo ale tego dnia postanowiłem się przejechać. W tramwaju spotkałem koleżankę z filologii duńskiej. Od słowa do słowa dowiedziałem się o stypendium fundowanym prze organizacje Cirius. Organizują oni pobyt na duńskich uniwersytetach ludowych (zwanych tez uniwersytetami powszechnymi) dla młodzieży z 10 nowych członków Unii Europejskiej. Znane ze Skandynawii szkoly ludowe to dość ciekawe zjawisko edukacyjne.

Ich inicjatorem był duński pisarz i myśliciel F.N.S. Grundtvig (1783-1872), który w 1844 założył pierwsza tego typu szkole. Z punktu widzenia Duńczyków ma on duze większe znaczenie dla ksztaltowania kultury ich kraju niż dwaj współcześni mu i znacznie bardziej popularni na świecie Duńczycy H.C. Andersen i S. Kirkegaard. W latach 30-tych XIX w. przedstawił on ówczesnemu królowi Danii liczne plany stworzenia szkoly dla doroslych, w ktorej to wyzsze klasy spoleczne, przyszli pracownicy administracji i służby publicznej miały uczęszczać w zajęciach, mieszkać, spożywać posiłki i spędzać czas wolny razem z przedstawicielami tych niższych warstw celem lepszego poznania ich potrzeb. Grundtvig zakładał ze szkoły te poprawia jakość służby publicznej. Uniwersytety ludowe miały tez pomoc duńskim chłopom, rybakom i rzemieślnikom w zrozumieniu idei i egzekwowaniu praw gwarantowanych im w demokratycznej konstytucji z 1849 r. Od tego czasu uniwersytety ludowe przeszły liczne zmiany lecz idea pozostała ta sama. Uczniowie razem mieszkają, organizują czas wolny i uczestniczą w zajęciach. Każdy dzień rozpoczyna się od porannego zebrania i wspólnego śpiewu. Oprócz tego każdy z uczniów ma określone obowiązki jak sprzątanie czy przygotowywanie jedzenia. Do obowiązków należą także cotygodniowe zebrania dla mieszkańców określonych budynków na których dyskutuje się ewentualne problemy i plany na przyszły tydzień. Duży nacisk kładzie się na wgląd w życie kulturalne i społeczne. Oprócz typowych dla szkoły duńskiej przedmiotów jak literatura, psychologia czy filozofia oferują szeroka gamę niespotykanych raczej przedmiotów jak ceramika, fotografia, jubilerstwo czy projektowanie odzieży. Do tego dochodzą wspólne projekty jak organizacja rożnego rodzaju występów i wycieczek. Wspomnieć tu należy, ze przedmioty odbywają się jako 2-3 miesięczne kursy, nie kończą się egzaminem i nie dają żadnych oficjalnych kwalifikacji. Dla mnie osobiście pobyt na uniwersytecie ludowym był ogromnym przeżyciem, pozwolił mi poznać ludzi z niemal całego świata i bez wątpienia miał wpływ na to gdzie teraz jestem i co robię.

Już pierwszego dnia moja uwagę zwróciła dziewczyna o egzotycznej, hawajskiej na pierwszy rzut oka urodzie. Dużo czasu minęło zanim się poznaliśmy a potem poznalismy lepiej. Niewiasta o hawajskiej urodzie okazała się być mieszkanka Grenlandii, najwiekszej wyspy swiata o ktorej niewiele wtedy wiedziałem a już w ogóle nie zakładałem ze kiedykolwiek tam zamieszkam.
Po zakończonym pobycie w Uldum Højskole wybrałem sie do Anglii, a Birthe została w Danii by kontynuować naukę. Na tym jednak nasz związek się nie skończył. Dzięki tanim liniom lotniczym i dość pobłażliwemu szefowi miałem możliwość częstych odwiedzin. Jednak choroba matki i tęsknota za krajem skłoniła Birthe do porzucenia szkoły i powrotu na swą ukochana wyspę. To było bardzo ciężkie rozstanie jednak jakoś nie rozważałem możliwości zamieszkania w jakimś pięciotysięcznym miasteczku na Grenlandii, nawet gdy było to drugi co do wielkości miasto w tym kraju. Mój tok myślenia zmienił się diametralnie, gdy pewnego marcowego poranka 2006 roku spojrzałem na mój telefon komórkowy który pokazał l 7 nieodebranych połączeń z numerem zaczynającym się od +299. Byłem prawie pewny co to może oznaczać a moje podejrzenia szybko się potwierdziły. Tego dnia dowiedziałem się, że za kila miesięcy urodzi się nam polski Eskimos (bądź tez Eskimoska). Postanowiliśmy ze do Sisimiut przyjadę w czerwcu.

Sisimiut w czerwcu
Birthe

PODRÓŻ I PRZYBYCIE

Zgodnie z obietnica 23 czerwca wybrałem się na Grenlandie. Lot z Kopenhagi do Kangerlussuaq, jedynego międzynarodowego lotniska na zachodnim wybrzeżu, trwa niewiele ponad 4 godziny. Kangerlussuaq (Duzy Fiord) zwany jest „wrotami Grenlandii” i leży na początku Søndre Stromefjord. Licząca niespełna 400 mieszkańców osada jest była amerykańska baza wojskowa z czasów zimnej wojny. Amerykanie wybrali to miejsce ze względu na korzystna dla ruchu lotniczego pogodę. Samoloty z Europy lądują najpierw tam a pasażerowie ,,rozlatują” się do innych miejscowości małymi samolotami. I ja musiałem przesiąść się na trwający 40 minut lot do Sisimiut. Nigdy nie zapomnę pierwszych wrażeń po przylocie. Najpierw malutkie lotnisko i widok otoczonego górami pasa startowego w Kangerlussauaq. Po niespełna godzinnym locie siedzę w taksówce z lotniska to mego nowego domu (wspomnieć tu należy ze znaleźć mieszkanie na Grenlandii nie jest łatwym zadaniem i niemal do ostatniego dnia przed przyjazdem wisiała mi nad głowa groźba zamieszkania z teściowa).
Pierwsze co rzuca się w oczy to wspaniale komponujące się z malowniczym górskim krajobrazem kolorowe domki. Następna rzeczą na która zwróciłem uwagę to przykute do skal grenlandzkie psy leżące bezczynnie i wygrzewające się w słońcu w oczekiwaniu na nadejscie zimy, kiedy to będą mogły ciągnąć sanie w poszukiwaniu zwierzyny.
To wszystko wraz z widokiem mej brzemiennej Innuitki sprawiło, że po raz pierwszy w życiu przeżyłem to co niektórzy nazywają szokiem kulturowym. Chyba dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z powagi decyzji jaką podjąłem przeprowadzając się na Grenlandie. Wiele razy wybierałem się za granice bez szczególnych planów na przetrwanie. Musze jednak przyznać ze po lądowaniu w Sisimiut zachwyt krajobrazem przemieszał się ze strachem, że tym razem nie dam rady. Po głowie zaczęło się kołatać niemal egzystencjalne pytanie - co ja tu robię a raczej co ja tu będę robił. Na Grenlandie wybrałem się jtrochę „na pałę”. Nie miałem załatwionej pracy, miałem za to dziewczynę w ciąży i cały swój dobytek w plecaku pamiętającym jeszcze pierwszy rok studiów. Jedyny domniemany pracodawca z którym udało mi się nawiązać kontakt przed przyjazdem to miejscowa szkoła podstawowa. Nie było to nic konkretnego i nie gwarantowało spokoju ducha. Pamiętając o deficycie nauczycieli w Grenlandii jakiś miesiąc przed opuszczeniem naszego kontynentu zawiadomiłem tamtejsze szkoły ze niedługo przyjeżdżam i byłbym zainteresowany podjęciem pracy. Na moje podanie odpowiedział tylko Simon, który poprosił o kontakt kiedy będę już na miejscu.
Mieszkanie okazało się całkiem przytulne, odpowiednik polskiego m2 w dobrym standardzie. Po odświeżeniu się i krótkiej drzemce przyszedł czas na poznanie nowej rodziny, która zebrała się u teściowej. Już po drodze do ich domu zorientowałem się co mnie czeka przez najbliższe kilka dni lub nawet tygodni. Czułem na sobie wiele spojrzeń i niemal czytałem w myślach przechodzących obok ,,No, to ten Polak, ojciec dziecka Bithy” Przypomniałem sobie ten małomiasteczkowy klimat, który tak dobrze znam z mojego rodzinnego Miastka i za którym nie za bardzo tęskniłem. Ponieważ odpoczynek potrwał dłużej niż zakładaliśmy, spóźniliśmy się nieco i przy suto zastawianym stole czekali tylko mama Birthe i szwagier. Zapoznanie z nowa rodzina przebiegło dość pomyślnie. Teściowa okazała się przyjazna osoba, która nie zadaje zbędnych pytana a do tego nieźle gotuje. Już na dzień dobry skosztowałem wędzonego renifera, mattak (surowa skóra weloryba) oraz grenlandzkich krewetek i krabów.
Po posiłku odwiedziliśmy jeszcze kilka domów, gdzie musiałem się pokazać. Po podroży i tak ciężkim dniu pełnym nowych przeżyć byłem bardzo zmęczony i po przyjściu do domu szybko zasnąłem. Obudziłem się wczesnym rankiem, przynajmniej tak mi się wydawało. Postanowiłem zrobić niespodziankę Birthe i przygotowałem wspaniała jajecznice z boczkiem i cebulką. Zapomniałem żew tym czasie panuje noc polarna, wczesny ranek okazał się godzina drugą w nocy.



Zobacz również:

Jak obchodzimy Boże Narodzenie na Grenlandii

Co jemy na Grenlandii

Karolina Czyszczoń o Grenlandii