Aktualności

Grenlandczycy wściekli na polską dziennikarkę

Komentarz do artykułów Ilony Wiśniewskiej o Grenlandii.

20 Kwiecień 2018 Grenlandczycy wściekli na polską dziennikarkę

W końcu książka!

16 maja ukaże się moja książka o Grenlandii.

17 Kwiecień 2018 W końcu książka!

Grenlandczycy wściekli na polską dziennikarkę

20 Kwiecień 2018

Grenlandczycy wściekli na polską dziennikarkę

Chwytliwy tytuł? Tak widocznie musi być. Odnosi się do artykułu Ilony Wiśniewskiej, który ukazał się w styczniu w GW. Ale również do innych jej tekstów (np. Polityka). Autorka zatytułowała go Grenlandczycy są wściekli. „Mamy dość duńskiej pogardy”. Potem sama przyznała w facebookowej dyskusji, że na tytuł nalegała redakcja GW, a ona tak nie uważa. Złość i pogarda widocznie lepiej się sprzedają. Pani Wiśniewska chyba o tym wie przedstawiając w swoich artykułach raczej ten ponury obraz Grenlandii. Męczarnie psów zaprzęgowych, samobójstwa, wściekłość rdzennej ludności na pogardę byłych kolonizatorów, problemy z alkoholem i narkotykami. Aby dorównać “najlepszym” brakuje jeszcze ludomanii i molestowania nieletnich. Te tematy są równie chodliwe w grenlandzkich i duńskich mediach. 

- Jak ty tam wytrzymujesz? - napisał do mnie mój przyjaciel po lekturze jednego z nich. Mimo że tam nie byłem to czuć że autorka przesadza w jedną stronę.

No właśnie, redakcja narzuci tytuł, sama reporterka doda kilka błędów merytorycznych, niewytłumaczonych wypowiedzi i sprzedajnych uogólnień, a podczas naszych wizyt w Polsce to ja z moją rodziną będziemy musieli spojrzeć w oczy zakrzywionemu obrazowi Grenlandii który tworzy p. Wiśniewska. Z resztą już kilkakrotnie miało to miejsce.

Tak, Grenlandia ma wiele problemów i wyzwań i nie chodzi mi o przedstawianie niczego w różowym świetle i wiem że niektóre problemy są bardzo złożone ale uważam że polskiemu czytelnikowi, który normalnie niewiele wie o życiu na największej wyspie świata, należy się pełniejszy obraz tego kraju. Bardzo modne ostatnio dawanie się wypowiedzieć swoim rozmówcom, bez zadawania krytycznych pytań i bez jakiejkolwiek znajomości realiów jest co najmniej problematyczne i irytujące dla czytelnika znającego Grenlandię. I myślę że Polacy którzy mieszkają (mieszkali) tu od lat (bo aby zrozumieć to miejsce potrzeba okresu dłuższego niż trzy miesiące) przyznają mi rację.  

Wróćmy jednak do ww. artykułu. Grenlandczycy oczywiście nie są na polską dziennikarkę wściekli bo mało kto rozumie tu nasz język, ale artykuł bardzo zirytował Birthe, moją grenlandzką partnerkę oraz kilka osób z mojego otoczenia z którymi dyskutowałem formę reportażu o Grenlandii uprawianą przez Ilonę Wiśniewską. Reportażu bazującego jedynie na przedstawianiu (szczątków?) rozmów z wybranymi rozmówcami, bez zadawania krytycznych pytań i bez komentarza autora, a tym samym przedstawiając niepełny obraz, stronę która z niewiadomo jakich powodów wydała się autorce właściwa. 

Głównym wątkiem artykułu jest to jak wściekli są Grenlandczycy na panoszących się na wyspie Duńczyków, którzy rzekomo zarabiają więcej niż oni, nie potrafią się zachować, odebrali Grenlandczykom ich tożsamość oraz w ogóle winni są chyba wszystkich krzywd i niepowodzeń tego narodu. Aby udowodnić swoją tezę autorka przytacza słowa kilku poznanych podczas swojego kilkumiesięcznego pobytu na Grenlandii mieszkańców. 

Zaczyna od nastoletniego rapera który zasłynął utworem Tupilak.

Qallunaat (Duńczycy) zjawiają się tu i mówią, jak mam się zachowywać. Mówią, że jestem gównem. Jeśli nie mówisz po duńsku szkoła cię nie przyjmie. A kiedy oni nie znają naszego języka, wszędzie się wpasują. Czy nadal jesteśmy kolonią?

To smutna prawda, że bez znajomości języka duńskiego niemożliwe jest praktycznie zdobycie wykształcenia wyższego niż podstawowe, ale powody takiego stanu rzeczy wypadałoby wytłumaczyć, jego źródłem jest nie tylko postkolonialna sytuacja polityczna ale i specyfika językowa Grenlandii. Grenlandzkojęzycznych nauczycieli na tym poziomie jest jak na lekarstwo, w szkole średniej w której pracuję, jest ich 2 (na ok. 30, nie licząc nauczycieli języka grenlandzkiego), jeden z nich i tak w większości uczy po duńsku ze względu na brak dostępności materiałów w ojczystym języku. Identyczna sytuacja jest w pozostałych trzech liceach na wyspie. Językiem grenlandzkim posługuje się dziś ok. 50 tys. osób i tłumaczona jest na niego tylko mikroskopijna część literatury. Czy można w tym języku “zostać” lekarzem czy inżynierem? Grenlandczycy od lat mają prawo samostanowienia w sferze edukacji (tak samo jak w większości innych obszarów życia), sami ustalają program nauczania i strukturę szkolnictwa. Z językiem na razie nie zrobili nic. I wcale nie twierdzę, że drugim językiem ma być duński, może to być angielski, niemiecki lub chiński, ale dzisiaj to w Danii Grenlandczycy zapewnioną mają bezpłatną edukację. 

- Identyfikujesz się z tym raperem? – zapytałem Birthe

- Wcale – odpowiedziała z pogardliwym uśmiechem. 

To nie znaczy oczywiście że Birthe ma reprezentować cały grenlandzki naród, ale czy od reporterki nie można by wymagać, by obok zbuntowanego muzyka (głosu młodzieży trzeba bez wątpienia słuchać) przedstawiła opinię jakiś ogólnie szanowanych publicystów i ludzi biorących udział w debacie politycznej. I np. skarżącemu się na duńską politykę kolonizacyjną rozmówcy przeciwstawiła drugą stronę debaty na temat historii duńsko-grenlandzkich stosunków. Pani Ilona przytacza jedynie pasujące do jej koncepcji wypowiedzi, jak na przykład Duńczycy powtarzają, żebyśmy się cieszyli, że Amerykanie tu nie przyszli przed nimi, bo nic z naszej kultury by nie zostało. Ale i tak nie mieliśmy nic do powiedzenia. Przyjechali na Grenlandię i postawili nam kolorowe domki. Tylko skoro mieliśmy być tacy jak oni, to czemu wszystko jest mniejsze?  Wg. mnie polskiemu czytelnikowi należy się również informacja, że to nie jedyna opinia panująca w grenlandzkim społeczeństwie. Dowodem niech będą chociażby słowa felietonu zmarłego niedawno Finna Lynge, cenionego polityka i pisarza, a zarazem katolickiego księdza.

Nie ma wątpliwości by duńskie władze były autorytarne i rasistowskie, wszyscy Europejczycy tacy byli [...]. Ale z drugiej strony nie ma wątpliwości, że w porównaniu z europejską agresywnością w innych miejscach na świecie, Duńczycy byli bardzo łagodni.    

I co chodzi z tymi mniejszymi domami? Grenlandczycy od kilkudziesięciu lat budują sami, o wielkości domu decyduje właściciel, a wszelkie zgody wydaje grenlandzki urząd. A jeśli domy są mniejsze jest to raczej skutek wysokich kosztów budowy i surowego klimatu niż postkolonialnej polityki.   

Jednym z rozmówców autorki jest Inunnguaq, przedstawiony w artykule jako wściekły na panoszących sie po wyspie Duńczyków „kucharz celebryta” który porzucił swoją ostatnią pracę gdyż „Duńczycy dostawali wyższą pensję niż Grenlandczycy”. Wypowiedź ta jest oczywiście pozostawiana bez komentarza, to z taką informacją dziennikarka pozostawia polskiego czytelnika. 

Przekonanie, że pracujący na wyspie Duńczycy zarabiają więcej od Grenlandczyków wydaje się być pozostałością po „kryterium miejsca urodzenia” wedle którego przyjeżdżający na wyspę Duńczycy mieli gwarantowane lepsze warunki pracy niż pracujący na tych samych stanowiskach Grenlandczycy. Podział ten zniesiony został w 1991, jak widać złość pozostała. Dzisiaj wszystkie płace w sferze publicznej (a to na tych stanowiskach zatrudnianych jest najwięcej Duńczyków) ustalane są na podstawie umów między pracodawcą (np. urząd, instytucje rządowe), a reprezentującymi pracowników związkami zawodowymi. Zatrudnieni z takim samym wykształceniem i na tych samych stanowiskach mają gwarantowaną jednakową pensję podstawową, pracodawca najczęściej ma bardzo małe możliwości podwyższenia poborów za pomocą skromnych bonusów. 

Trochę inaczej wygląda to w sferze prywatnej. Tutaj pracodawca zobligowany jest zapłacić płacę minimalną dla danego zawodu, ale ma oczywiście prawo podwyższenia poborów, to w końcu jego pieniądze. Jeśli zdecyduje się ściągać pracownika z Danii, pokryć koszty jego podróży (to standard) i płacić mu więcej niż pracownikowi lokalnemu o tych samych kwalifikacjach, to chyba jego wybór. Proszę jednak zastanowić się którzy prywatni przedsiębiorcy się na to zdecydują. Możliwe, że pracodawca Inunnguaqa był wyjątkowym rasistą. I możliwe że zdarzają się czasem nadużyciua, wg. moich obserwacji nie jest to jednak norma, a rynek pracy “prosi się” o znających tutejsze realia, grenlandzkojęzycznych pracowników.

Inunnguaq na tym nie poprzestaje.

Duńczycy, którzy tu przyjeżdżają, do niczego się nie nadają. Są bezużyteczni w swoim kraju, nikt ich tam nie chce, więc uciekają tu i naszym kosztem podnoszą sobie poczucie wartości”

Duńczyków tutaj nic nie interesuje, nie chcą nas poznać, powtarzają że język jest za trudny [...] Czasem myślę sobie: wypierdalajcie z mojego kraju pierwszym samolotem.

Aż prosi się tu by reporterka choć w odrobinę krytyczny sposób odniosła się do takich wypowiedzi. Czy Inunnguaq wyrzuciłby z Grenlandii również duńskich lekarzy, grenlandzkich na całej wyspie jest tylko kilkunastu. W Sisimiut, drugim co do wielkości mieście gdzie mieszkamy na dzień dzisiejszy jest go tylko pół (pół Grenlandka). Myślę że nie tylko ja i Birthe jesteśmy im wdzięczni że tu przyjeżdżają i zaglądają naszym dzieciom do gardeł. Jesteśmy wdzięczni również duńskim położnym, które pomogły przyjść na świat obu naszym córkom. Nie wyglądały na „bezużyteczne” i na muszące „podnieść sobie poczucie wartości” podczas tych kilkunastu godzin porodu. Czy Inunnguaq wyrzuciłby również Duńczyków mieszkających tu od 20 lat, tych którzy założyli rodziny (często z Grenlandczykami\Grenlandkami), a ich dzieci chodzą tu do szkół. I w końcu czy ma jakiś pomysł na duńskojęzyczngch Grenlandczyków których na wyspie mieszka kilka tysięcy. Dla nich Grenlandzki również okazał się „za trudny”. Czy oni też mają “wypierdalać pierwszym samolotem”? To tylko niektóre pytania które wg. mnie powinna zadać „kucharzowi celebrycie” pani Ilona, nawet z czystej ciekawości jakie jest jego zdanie na ten temat. 

To jednak nie koniec wywodu Inunnguaqa który chętnie opowiada jak pobił w barze nie potrafiącego się zachować Duńczyka. Żałuje tego, gdyż powinien był użyć argumentów słownych, a “Duńczycy są mile widziani na Grenlandii jeśli potrafią się zachować”. Czy znaczy to, że odpowiednio mają zachowywać się tylko przyjezdni? Czy mieszkając tu nie można sobie pozwolić na “chwilę słabości” w barze? I co z Grenlandczykami, którzy po spożyciu potrafią być równie irytujący? 

 Inunnguaq wspomina również że nie lubi rozmawiać po duńsku, woli po angielsku. “Lubię widzieć ten ich (Duńczyków) wyraz twarzy, kiedy przepraszam że nie znam duńskiego. Po angielsku rozmawiam też z córkami, żeby szybciej były niezależne.”

Można by go oczywiście spytać czy wyśle córki do szkół poza granice Królestwa Danii i czy sam za tę edukację zapłaci (w Danii jest darmowa dla Grenlandczyków, mają również ułatwiony dostęp na trudno dostępne kierunki i stypendia na naukę). 

W przypadku tej wypowiedzi dziwi jednak pewna sprzeczność, która pokazuje że mówić można jedno, a robić coś innego, a reporterka po swoim wywiadzie nie ma szans zweryfikować w jakim stopniu to co mówią jej rozmówcy pokrywa się rzeczywistością. Z ciekawości zaglądam na facebookowy profil “kucharza celebryty”. Chwali się na nim, że jest na okładce polskiej gazety. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie chwalił się po duńsku. W tym języku jest również spora część jego wpisów. Dla mnie nie ma w tym nic niezwykłego bo grenlandzki i duński mieszają się na wyspie non stop, ale rozśmieszyła mnie ta ironiczna niekonsekwencja rozmówcy p. Ilony. Media obiegła niedawno wiadomość, że otwiera w Nuuk restaurację. Do spółki z Duńczykiem. I bardzo dobrze, Grenlandii potrzebna jest każda ciekawa inicjatywa. 

Generalnie, jeśli by wierzyć temu artykułowi niemal wszyscy przyjeżdżający na Grenlandię Duńczycy to chamy i prostaki, na głos obgadują Grenlandczyków w autobusach i w lekceważący sposób odnoszą się do lokalnej ludności. Jedyną porządną obywatelką Danii wydaje się być przedstawiona na końcu artykułu Theresa, która zrozumiała żeby trzymać się z dala od tych okropnych Duńczyków. 

Nawet nie mieszkając na Grenlandii nie trudno sobie chyba wyobrazić, że przyjeżdżają tu różne typy. Jedni są zdolni i pracowici, inni leniwi czy nierozgarnięci. Jedni respektują grenlandzką kulturę, mieszają się z lokalnymi mieszkańcami i starają nauczyć języka, inni pozostają w swoich duńskojęzycznych kręgach. I prawdą jest, że tylko niewielu udaje się opanować grenlandzki język. Dotyczy to również p. Ilony, naszej ekspertki od Grenlandii (taki przydomek nadała jej Birthe). Autorka artykułów podczas swego pobytu nie nauczyła się go chyba wiele. Myli czasowniki z rzeczownikami (silaqarpoq), błędnie tłumaczy nazwę stolicy (Nuuk to cypel, a nie zatoka)  oraz, o zgrozo, niepoprawnie wyjaśnia czym jest największy grenlandzki przysmak czyli mattak (to skóra każdego wieloryba, nie tylko narwala). Do tego prezentuje nieaktualny podział administracyjny Grenlandii (5 gmin od 1. stycznia), “odbiera” młodym Grenlandczykom możliwość studiowania prawa na uniwersytecie w Nuuk oraz wprowadza nowe obyczaje, pisząc że “chcąc zacząć rozmowę, trzeba najpierw zapytać o pozwolenie”. Interesujące i egzotyczne, niestety niezgodne z prawdą. Błędów merytorycznych jest więcej i może to szczegóły ale rażą w oczy kogoś kto mieszka na Grenlandii. Aby uniknąć większości z nich wystarczyło zajrzeć do słownika czy internetu. 

Adam Jarniewski

  

Powrót news_archive_btn