Aktualności

Piłka nożna na Grenlandii

Zobacz krótki film z finału mistrzostw Grenlandiiw piłce nożnej które odbyły się w Sisimiut w sierpniu 2019 roku.

27 Siepień 2019 Piłka nożna na Grenlandii

Książka dla dzieci

Dla dzieci o Grenlandii.

06 Marzec 2019 Książka dla dzieci

Grenlandczycy wściekli na polską dziennikarkę

20 Kwiecień 2018

Grenlandczycy wściekli na polską dziennikarkę

 

Chwytliwy tytuł? Inspirowany jest artykułem Ilony Wiśniewskiej, który ukazał się w styczniu w GW. Autorka zatytułowała go Grenlandczycy są wściekli. „Mamy dość duńskiej pogardy”. Potem sama przyznała w facebookowej dyskusji, że na tytuł nalegała redakcja GW, a ona tak nie uważa. Hmm, czyżby nieszczęścia, złość i pogarda lepiej się sprzedawały? Pani Wiśniewska chyba o tym wie przedstawiając w swoich artykułach raczej ten ponury obraz Grenlandii. Męczarnie psów zaprzęgowych, samobójstwa, wściekłość rdzennej ludności na pogardę byłych kolonizatorów, problemy z alkoholem i narkotykami. Aby dorównać “najlepszym” brakuje jeszcze ludomanii i molestowania nieletnich. Te tematy są równie chodliwe w grenlandzkich i duńskich mediach. 

- Jak ty tam wytrzymujesz? - napisał do mnie mój przyjaciel po lekturze jednego z nich. 

Tak, Grenlandia boryka się z wieloma problemami, a mi nie chodzi o to by przedstawiać świat w różowychbarwach. Raczej o to by robić to bardziej obiektywnie, pokazywać dwie strony problemu, choć trochę nakreślać jego złożoność. W swoich tekstach o Grenlandii Wiśniewska oddaje głos swoim rozmówcom. Metoda ta, bardzo ostatnio popularna, wydawać by się mogła idealna do przedstawiania świata. Autor nie ingeruje, nie krępuje rozmówcy i nie zadaje zbędnych pytań. Czytając napisany w ten sposób artykuł o Grenlandii dość szybko odniosłem wrażenie, że czegoś tu jednak brakuje. Bo co jeśli twój rozmówca wprowadza cię do świeżo wysprzątanego salonu, który jeszcze wczoraj zalegał w brudzie. Lub jeśli przyjmie rolę niesłusznie pokrzywdzonego przez los. Albo po prostu sobie z ciebie zakpi, dla jaj powie coś przewrotnego bo i tak nie wierzy, że umieścisz to w swoim tekście? Jako autor musisz być to w stanie zweryfikować, przepuścić przez odpowiedni filtr. Wystarczy tu intuicja i wiara w szczere intencje twojego rozmówcy? A może bezpieczniej by było dozbroić się w wiedzę i spróbować poznać realia, szczególnie gdy piszesz o miejscu tak innym niż to z którego pochodzisz? 

Wróćmy jednak do ww. artykułu. Grenlandczycy oczywiście nie są na polską dziennikarkę wściekli bo mało kto rozumie tu nasz język ( choć artykuł poruszył kilka osób z mojego otoczenia) Głównym wątkiem tekstu jest złość którą Grenlandczycy zieją na panoszących się na wyspie Duńczyków, którzy zarabiają więcej niż oni, nie potrafią się zachować, odebrali Grenlandczykom ich tożsamość oraz w ogóle winni są chyba wszystkich krzywd i niepowodzeń tego narodu. Aby udowodnić swoją tezę autorka przytacza słowa kilku poznanych podczas swojego kilkumiesięcznego pobytu na Grenlandii mieszkańców. 

Zaczyna od nastoletniego rapera, Josefa Tarrak, który zasłynął utworem Tupilak.

Qallunaat (Duńczycy) zjawiają się tu i mówią, jak mam się zachowywać. Mówią, że jestem gównem. Jeśli nie mówisz po duńsku szkoła cię nie przyjmie. A kiedy oni nie znają naszego języka, wszędzie się wpasują. Czy nadal jesteśmy kolonią?

Brzmi groźnie, tak jak na rapera przystało. Ale z jaką informacją, oprócz opinii tego bohatera jednego hitu pozostawia polskiego czytelnika autorka? To smutna prawda, że bez znajomości języka duńskiego niemożliwe jest praktycznie zdobycie wykształcenia wyższego niż podstawowe, ale powody takiego stanu rzeczy są dużo bardziej złożone. Jego źródłem jest nie tylko postkolonialna sytuacja polityczna ale i na przykład specyfika językowa Grenlandii. Grenlandzkojęzycznych nauczycieli na tym poziomie jest jak na lekarstwo, w szkole średniej w której pracuję, jest ich 2 (na ok. 30, nie licząc nauczycieli języka grenlandzkiego), jeden z nich i tak w większości uczy po duńsku ze względu na brak dostępności materiałów w ojczystym języku. Identyczna sytuacja jest w pozostałych trzech liceach na wyspie. Językiem grenlandzkim posługuje się dziś ok. 50 tys. osób i tłumaczona jest na niego tylko mikroskopijna część literatury. Czy można w tym języku “zostać” lekarzem czy inżynierem? Grenlandczycy od 40 lat mają prawo samostanowienia w sferze edukacji (tak samo jak w większości innych obszarów życia), sami ustalają program nauczania i strukturę szkolnictwa. Grenlandzcy politycy kilkukrotnie debatawoali nad "podmianką" duńskiego z angielskim ale na razie nic się w tej kwestii nie zmieniło. 

Więc czy od reporterki należy wymagać, by obok zbuntowanego muzyka (głosu młodzieży trzeba bez wątpienia słuchać) przedstawiła temat bardziej dogłębnie? I skarżącemu się na duńską politykę kolonizacyjną rozmówcy przeciwstawiła drugą stronę debaty na temat historii duńsko-grenlandzkich stosunków. A może opinia zbuntowanego rapera lepiej pasuje do roli którą przyjęła autorka - obrończyni skrzywdzonego przez koloniazację ludu?

Cytatów z utworów Tarraka w artykule pojawia się więcej.

Duńczycy powtarzają, żebyśmy się cieszyli, że Amerykanie tu nie przyszli przed nimi, bo nic z naszej kultury by nie zostało. Ale i tak nie mieliśmy nic do powiedzenia. Przyjechali na Grenlandię i postawili nam kolorowe domki. Tylko skoro mieliśmy być tacy jak oni, to czemu wszystko jest mniejsze?  

To według mnie nie jest jedyna opinia panująca w grenlandzkim społeczeństwie. Dowodem niech będą chociażby słowa felietonu zmarłego niedawno Finna Lynge, cenionego polityka i pisarza:

Nie ma wątpliwości by duńskie władze były autorytarne i rasistowskie, wszyscy Europejczycy tacy byli [...]. Ale z drugiej strony nie ma wątpliwości, że w porównaniu z europejską agresywnością w innych miejscach na świecie, Duńczycy byli bardzo łagodni.    

A gdyby tak się rozmienić na drobne i trochę poprzekomarzać z młodym raperem można by na przykład spytać. 

Ale co chodzi z tymi mniejszymi domami? Grenlandczycy od kilkudziesięciu lat budują sami, o wielkości domu decyduje właściciel, a wszelkie zgody wydaje grenlandzki urząd. Czy mniejsze niż w Europie domy  nie są raczej skutkiem wysokich kosztów budowy i surowego klimatu? No i czy nie jesteście dumni z tych pięknie komponujących się z grenlandzką surowością kolorowych domków. Czemu twoje rodzinne miasto reklamuje się hasłem Colorful Nuuk?  

Choć z artystami może lepiej na takie tematy nie rozmawiać? Potraktujcie ten fragment z przymróżeniem oka. 

Jednym z rozmówców autorki jest Inunnguaq, przedstawiony w artykule jako wściekły na panoszących sie po wyspie Duńczyków „kucharz celebryta” który porzucił swoją ostatnią pracę gdyż „Duńczycy dostawali wyższą pensję niż Grenlandczycy”. Wypowiedź ta jest oczywiście pozostawiana bez komentarza, to z taką informacją dziennikarka pozostawia polskiego czytelnika. 

Przekonanie, że pracujący na wyspie Duńczycy zarabiają więcej od Grenlandczyków wydaje się być pozostałością po „kryterium miejsca urodzenia” wedle którego przyjeżdżający na wyspę Duńczycy mieli gwarantowane lepsze warunki pracy niż pracujący na tych samych stanowiskach Grenlandczycy. Podział ten zniesiony został w 1991 roku. Jak widać złość pozostała i ja się temu nie dziwię, bo na grenlandzkim rynku pracy wciąż znajdują się osoby, które ten niesprawiedliwy stan rzeczy pamiętają. Dzisiaj jednak wszystkie płace w sferze publicznej (a to na tych stanowiskach zatrudnianych jest najwięcej Duńczyków) ustalane są na podstawie umów między pracodawcą (np. urząd, instytucje rządowe), a reprezentującymi pracowników związkami zawodowymi. Zatrudnieni z takim samym wykształceniem i na tych samych stanowiskach mają gwarantowaną jednakową pensję podstawową, pracodawca najczęściej ma bardzo małe możliwości podwyższenia poborów za pomocą skromnych bonusów. W mojej szkole dostają je na przykład Grenlandczycy, za bycie w stanie nauczać po grenlandzku. Zarabiają więc więcej niż Duńczyk na tej samej posadzie. 

Trochę inaczej wygląda to w sferze prywatnej. Tutaj pracodawca zobligowany jest zapłacić płacę minimalną dla danego zawodu, ale ma oczywiście prawo podwyższenia poborów, to w końcu jego pieniądze. Jeśli zdecyduje się ściągać pracownika z Danii, pokryć koszty jego podróży (to standard) i płacić mu więcej niż pracownikowi lokalnemu o tych samych kwalifikacjach, to chyba jego wybór. Proszę jednak zastanowić się którzy prywatni przedsiębiorcy się na to zdecydują. Możliwe, że pracodawca Inunnguaqa był wyjątkowym rasistą. I możliwe że zdarzają się czasem nadużyciua, wg. moich obserwacji nie jest to jednak norma, a rynek pracy “prosi się” o znających tutejsze realia, grenlandzkojęzycznych pracowników.

Inunnguaq na tym nie poprzestaje.

Duńczycy, którzy tu przyjeżdżają, do niczego się nie nadają. Są bezużyteczni w swoim kraju, nikt ich tam nie chce, więc uciekają tu i naszym kosztem podnoszą sobie poczucie wartości”

Duńczyków tutaj nic nie interesuje, nie chcą nas poznać, powtarzają że język jest za trudny [...] Czasem myślę sobie: wypierdalajcie z mojego kraju pierwszym samolotem.

Aż prosi się tu by reporterka choć w odrobinę krytyczny sposób odniosła się do takich wypowiedzi. Czy Inunnguaq wyrzuciłby z Grenlandii również duńskich lekarzy, grenlandzkich na całej wyspie jest tylko kilkunastu. W Sisimiut, drugim co do wielkości mieście gdzie mieszkamy na dzień dzisiejszy jest go tylko pół (pół Grenlandka). Myślę że nie tylko ja i moja żona jesteśmy im wdzięczni że tu przyjeżdżają i zaglądają naszym dzieciom do gardeł. Jesteśmy wdzięczni również duńskim położnym, które pomogły przyjść na świat obu naszym córkom. Nie wyglądały na „bezużyteczne” i na muszące „podnieść sobie poczucie wartości” podczas tych kilkunastu godzin porodu. Czy Inunnguaq wyrzuciłby również Duńczyków mieszkających tu od 20 lat, tych którzy założyli rodziny (często z Grenlandczykami\Grenlandkami), a ich dzieci chodzą tu do szkół. I w końcu czy ma jakiś pomysł na duńskojęzyczngch Grenlandczyków, których na wyspie mieszka kilka tysięcy. Dla nich grenlandzki również okazał się „za trudny”, mimo że się na wyspie urodzili i wychowali. Czy oni też mają “wypierdalać pierwszym samolotem”? To tylko niektóre pytania które wg. mnie powinien zadać rzetelny dziennikarz, nawet z czystej ciekawości. 

To jednak nie koniec wywodu Inunnguaqa który chętnie opowiada jak pobił w barze nie potrafiącego się zachować Duńczyka. Żałuje tego, gdyż powinien był użyć argumentów słownych, a “Duńczycy są mile widziani na Grenlandii jeśli potrafią się zachować”. Czy znaczy to, że odpowiednio mają zachowywać się tylko przyjezdni? Czy mieszkając tu nie można sobie pozwolić na “chwilę słabości” w barze? I co z Grenlandczykami, którzy po spożyciu potrafią być równie irytujący? Czy wtedy oby wpierdol od Duńczyka nie okaże się czasem aktem rasizmu?

 Inunnguaq wspomina również że nie lubi rozmawiać po duńsku, woli po angielsku. “Lubię widzieć ten ich (Duńczyków) wyraz twarzy, kiedy przepraszam że nie znam duńskiego. Po angielsku rozmawiam też z córkami, żeby szybciej były niezależne.”

Można by go oczywiście spytać czy wyśle córki do szkół poza granice Królestwa Danii i czy sam za tę edukację zapłaci (w Danii jest darmowa dla Grenlandczyków, mają również ułatwiony dostęp na trudno dostępne kierunki i stypendia na naukę, oraz dobra za które inni muszą płacić – na przykład opiekę stomatoligiczną). 

W przypadku tej wypowiedzi dziwi (i zarazem bawi) pewna sprzeczność, która pokazuje że reporterowi mówić można jedno, a robić coś innego. Z ciekawości zaglądam na facebookowy profil “kucharza celebryty”. Chwali się na nim, że jest na okładce polskiej gazety. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie chwalił się po duńsku. W tym języku jest również spora część jego wpisów. Dla mnie nie ma w tym nic niezwykłego bo grenlandzki i duński mieszają się na wyspie non stop, ale rozśmieszyła mnie ta ironiczna niekonsekwencja rozmówcy p. Ilony. Media obiegła niedawno wiadomość, że otwiera w Nuuk restaurację. Do spółki z Duńczykiem. I bardzo dobrze, Grenlandii potrzebna jest każda ciekawa inicjatywa. 

Ten zbuntowany kucharz, jeszcze bez własnej restauracji, wspomniał również autorce, że jest jednym z najbogatszych Grenlandczyków. Ta, nie wiedzieć czemu tego nie zakwestionowała i zapisała w swoim reportażu. Chciałem spytać jego żony czy to prawda, kiedy spotkałem ją w samolocie (pracuje jako stewardessa), ale dałem sobie spokój. Niekoniecznie byłaby zadowolona że partner (już były) tak się lansuje w oczach innych kobiet. A poza tym niemożliwe żeby przebił tzw. „baronów krewetkowych”, z których każdy jest właścicielem kilku statków koszących z dna grenlandzkich wód to „czerwone złoto”

Generalnie, jeśli by wierzyć temu artykułowi niemal wszyscy przyjeżdżający na Grenlandię Duńczycy to chamy i prostaki, na głos obgadują Grenlandczyków w autobusach i w lekceważący sposób odnoszą się do lokalnej ludności. Jedyną porządną obywatelką Danii wydaje się być przedstawiona na końcu artykułu Theresa, która zrozumiała żeby trzymać się z dala od swych okropnych krajan. 

Nawet nie mieszkając na Grenlandii nie trudno sobie chyba wyobrazić, że przyjeżdżają tu różne typy. Jedni są zdolni i pracowici, inni leniwi czy nierozgarnięci. Jedni respektują grenlandzką kulturę, mieszają się z lokalnymi mieszkańcami i starają nauczyć języka, inni pozostają w swoich duńskojęzycznych kręgach. I prawdą jest, że tylko niewielu udaje się opanować grenlandzki język. Dotyczy to niestety również p. Ilony. Autorka artykułów podczas swego pobytu nie nauczyła się go chyba wiele. Myli czasowniki z rzeczownikami (silaqarpoq), błędnie tłumaczy nazwę stolicy (Nuuk to cypel, a nie zatoka)  oraz, o zgrozo, niepoprawnie wyjaśnia czym jest największy grenlandzki przysmak czyli mattak (to skóra każdego wieloryba, nie tylko narwala). To tak, jakby pierogi robiło się TYLKO z grzybami. A gdzie kapusta, jagody, truskawki? Że o ruslich nie wspomnę.

To nie koniec, autorka prezentuje nieaktualny podział administracyjny Grenlandii (5 gmin od 1. stycznia), “odbiera” młodym Grenlandczykom możliwość studiowania prawa na uniwersytecie w Nuuk oraz wprowadza nowe obyczaje, pisząc że “chcąc zacząć rozmowę, trzeba najpierw zapytać o pozwolenie”. Interesujące i egzotyczne, niestety niezgodne z prawdą. Mnie przynajmniej nikt przez kilknaście lat o zgodę nie pytał. Błędów merytorycznych jest więcej i może to szczegóły ale rażą w oczy kogoś kto mieszka na Grenlandii. Aby uniknąć większości z nich wystarczyło zajrzeć do słownika czy internetu. 

 

Adam Jarniewski

 

 

 

  

 

Powrót news_archive_btn